#opowiadaniewczasachzarazy

Zofiówka/Monika Powalisz

Ledwo ruszyliśmy w las żółtawą, posypaną tanim piachem wiejską drogą w kierunku Zofiówki, najechała nas para na koniach. Majestatyczni i odpowiednio zdystansowani, anonimowi jeźdźcy wstrzymali zwierzęta i spojrzeli na naszą trójkę z góry, po czym lekkim kłusem oddalili się w prawo. My odbiliśmy w lewo. Przez chwilę jechaliśmy jeszcze po wyraźnych śladach końskich kopyt odciśniętych w miękkim piasku, upojeni temperaturą dziwnie nie marcową, powiedzmy szczerze, temperaturą wręcz lipcową, która bezczelnie podkreślała apokaliptyczny charakter naszej wycieczki: skwar lał się z nieba i wkrótce zaczęliśmy się pocić. Malutka, Stary Ole i ja. 

Zanim wjechaliśmy na dobre w dzikie ostępy, ścigał nas jeszcze z oddali odgłos piły mechanicznej, która zawzięcie, mimo soboty, piłowała zapewne jakieś tłuste kłody. Może już na przyszły sezon, bo teraz wszystko było na przyszły sezon, nawet piłowanie. Rok 2020 mimo przywitanej niedawno wiosny już teraz wydawał się zamknięty do odwołania. 

Przeszło mi wtedy przez myśl: Ach, jaki zaradny musi być ten niewidoczny pilarz! Jaki gospodarny! Zapobiegliwy! Niczym moja matka, która odmraża kolejne porcje malin i jagód dla Malutkiej, okazując w ten sposób swą tryumfującą wyższość nad zamkniętym światem. 

Zaraz potem przyszła mi do głowy inna myśl, posępniejsza. A jeśli ten gospodarz rżnie piłą wcale nie drewno, ale na przykład swą znienawidzoną, martwą połowicę? Bezkarna fantazja zdążyła już w mojej głowie wykreować obraz z kilku niedobrych filmów, które zapadły mi w pamięć, ale niestety krwawe obrazy trzeba było czym prędzej odpędzić, bo zaraz na pierwszej leśnej krzyżówce napotkaliśmy dwie kolejne osoby. Wszystko wskazywało na to, że było to zgromadzenie matki i córki. Matka biegła przodem, w samych szortach i bluzie, za nią jechała na rowerze córka. Leśna ścieżyna była wąziuteńka, zasłana zeszłorocznymi, zgniłymi liśćmi. Z trudem minęliśmy się na niej wszyscy zachowując uświęcony, socjalny dystans: Malutka, Stary Ole i ja. 

Promienie słońca przeświecały pięknie pomiędzy konarami mijanych przez nas drzew, a wokół nas pląsały całe zastępy latolistków cytrynków, które – świeżo wybudzone z martwych liści -ruszyły po wiosnę razem z nami.

Malutka parła do przodu. I znów ledwo wyjechaliśmy na przejrzystą, ubitą, szeroką leśną drogę, pędem nadjechał z naprzeciwka zakapturzony, samotnie przemierzający leśne ostępy, wielki samiec alfa, na swoim wielkim, czarnym rowerze. Szczelnie okryta czarnym kapturem dresowej bluzy twarz ledwo wystawała na świat, ale droga kropelkowa bynajmniej nie została zabezpieczona. Zdyszany i poczerwieniały mężczyzna zostawił za sobą tuman kurzu.  Malutka kaszlnęła, a Stary Ole zarządził odbicie w daglezje. 

Piękna, daglezjowa aleja zachowała się jakimś  cudem, wciśnięta pomiędzy dwa nowe szlabany. Zsiedliśmy z rowerów wszyscy: Malutka, Stary Ole i ja, i weszliśmy pomiędzy prastare drzewa. Te po lewej były jakby dostojniejsze i silniejsze. Stary Ole chciał objąć ramionami dwie daglezje jednocześnie, ale drzewa nie dały się. Za grube, za stare. Zadzieraliśmy w górę głowy. Cmokaliśmy z podziwu. Stary Ole mruczał: piękne, piękne, jakby patrzył na postawne kobiety. 

Kto je tu posadził? Kiedy? Dlaczego? Strzeliste jedlice uparcie milczały. Malutka pomstowała. 

„Daleko jeszcze do tej Zofiówki?”

„Daleko?

„Daleko jeszcze do tej Zofiówki?”

Ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy przez chwilę w zamyśleniu ciesząc się leniwymi podmuchami rozpędzonego zefira. Wreszcie sami! Malutka, Stary Ole i ja. Droga wiła się niesfornie przed nami, prawie niewidoczna wśród sosen i dębów. Malutka stwierdziła z przekonaniem, że już kiedyś tą drogą jechała. Upierała się przy tym dostojnie pedałując. Krzyczała na całe gardło, nie dając się wyprzedzić: 

„A ja znam tę drogę, a ja znam tę drogę, a ja znam tę drogę, ja znam tę drogę!” 

Ale to ja znałam tę drogę! Teraz przypominam sobie wyraźnie pewną rowerową eskapadę sprzed dwóch dekad. Marysia też wtedy jechała dość szybko, przodem i nie zauważyła, że w letnim półcieniu, pod smukłym bukiem, a może zwykłym świerkiem albo sosną, stał w samym prochowcu ekshibicjonista. W pędzie nie można było dostrzec szczegółów, i dziś, po latach, także nie pamiętam nic z jego poblakłego, męskiego przyrodzenia. Przeszłość domagała się teraz ode mnie dalszych szczegółów, żeby nasycić to wspomnienie kolorami, ale w tym momencie i na tej odległej, wcale nie uczęszczanej, krętej, niedostępnej ścieżce, wyrosła nagle przed nami para ludzi. Szli niechybnie od strony Zofiówki. Wyglądali na zagubionych w czasie: bez przeciwsłonecznych okularów, bez kijów po bokach, bez truchtania, bez sportowej odzieży, bez telefonów, drona, wózka z dzieckiem, plecaków i odblaskowych opasek. Wyglądali jak ludzie, którzy po prostu lubią chodzić po lesie i nic tym chodzeniem nie muszą udowadniać. Mimo to, wydało nam się trochę dziwne spotkać ich w tym miejscu, o tej porze, tego dnia i w tej sytuacji. Może wpadli na ten sam pomysł, co Malutka, Stary Ole i ja? 

Wreszcie zza drzew zaczęły połyskiwać czerwone, blaszane dachy zabudowań. Wjechaliśmy na drogę pełną wądołów, dziur, jeszcze trochę leśną, ale już letniskową. Tuż za zieloną tablicą z napisem „Zofiówka” ukazał się cel naszej podróży. Sklep na dzwonek! Przez płot dostrzegliśmy gospodarza: Malutka, Stary Ole i ja.

 W tym momencie przed naszymi oczami przesunęły się liczne gatunki piw, które za chwile wypijemy dla ochłody: Stary Ole i ja. Malutka, rozmarzona, pochłaniała w myślach lodowe rożki, twistery i kaktusy, za które Stary Ole miał zapłacić według jej własnych słów „kartą kretynową”. Niestety wszystko na próżno! Nasze wizje strudzonych podróżą hedonistów okazały się klasycznymi mrzonkami czasów zarazy. 

Sklep był zamknięty. Poczuliśmy w tym momencie, Stary Ole, Malutka i ja, że odebrano nam całą radość z tej podróży. Z tej niewinnej eskapady, krótkiej wycieczki po zasłużoną przyjemność. Cóż mogliśmy zrobić? 

Zawróciliśmy strapieni. Jeśli nie działa nasz sklep na dzwonek, to co działa? Malutka jeszcze długo wyglądała tak, jakby za chwilę miała wybuchnąć głośnym płaczem, ale zamiast zapłakać pomknęła do przodu, ze złością naciskając pedały. Jedynie plastikowe, kolorowe wstążki przytwierdzone do uchwytów jej roweru, zapewne sprowadzone z Chin, wesoło podrygiwały na wietrze wszystkimi kolorami tęczy.  

Wracaliśmy wolno, zasmuceni, głównymi leśnymi drogami: Stary Ole i ja. Ludność miejska nagle zaczęła się wlewać do lasu nieprzerwaną falą. Jeszcze próbowali utrzymywać między sobą, że wszystko jest w najlepszym porządku. Kroczyli dostojnie parami, trójkami, czwórkami, a nawet piątkami. Wciąż stadnie, wesoło, sprężyście, dziarsko, zapomniawszy o zaleceniach, które najwidoczniej w sobotę nie obowiązywały. 

Zanim skręciliśmy do domu, na leśnej drodze znalazłam dziwnie pomięty, wełniany szalik w szkocką kratę, rozjechany kilka razy przez przemierzające las samochody, których nikt już nie kontrolował. Odruchowo go podniosłam. A co, jeśli był zarażony?

Monika Powalisz, scenarzystka, autorka powieści „Ósme ciało”. FB: https://www.facebook.com/Monika-Powalisz-pisarka-1732683260174610/

IG: @superpaperqueen