Autor: Monika

Ekranizacja „Wyrwy” Wojciecha Chmielarza!

Jako reprezentant praw do ekranizacji powieści Wojciecha Chmielarza, publikowanych nakładem Wydawnictwa Marginesy, z radością informujemy, że powstaje film fabularny na podstawie najnowszej powieści pt. „Wyrwa”.

Nad ekranizacją pracuje Dom Produkcyjny Wiernik PRO.

Projekt jest na etapie developmentu, a opracowanie scenariusza powierzono Piotrowi Szymankowi, m.in. współtwórcy serialu „Wataha”, nagrodzonego Złotym Orłem za Najlepszy Serial Fabularny w latach 2017 i 2019.

Reżyserią zajmie się Bartosz Konopka, współautor międzynarodowego hitu Netflixa –
„W głębi lasu” (2020) na podstawie prozy Harlana Cobena i twórca nominowanego do Oscara filmu „Królik po berlińsku” (2009).

***

„Wyrwa” to historia o tym, jak niewiele można wiedzieć o osobie, z którą dzieli się życie. Maciej Tomski dowiaduje się, że jego żona Janina zginęła w wypadku samochodowym – wali mu się cały świat. Jak powiedzieć dwóm córeczkom, że właśnie straciły matkę? Jak funkcjonować, gdy dotychczasowe, spokojne życie zmienia się w ciąg udręk?

 „Wyrwa” to także opowieść o mężczyznach, którzy kochali tę samą kobietę i którzy będą musieli zmierzyć się z tajemnicą jej śmierci. O poczuciu straty i głuchej rozpaczy zmieniającej się w gniew, który szuka ujścia. To także historia o splątanych uczuciach, o trudnej przyjaźni
i o konsekwencjach życiowych błędów.

„Wyrwa jest zaskakująco przewrotną opowieścią. Główny bohater przeżywa utratę żony,
ale ta tragedia go nie pogrąża, tylko mobilizuje do nowego życia. Rozbija dawne iluzje, zmusza do zawalczenia o siebie, pójścia na całość, bez planu i oczekiwań. Chcemy wierzyć
w takie paradoksalne odkupienie. Nagrodą za odwagę Macieja jest historia na poły kryminalna, na poły przygodowa, po której każdy z nas może się poczuć mniej samotny
w świecie”.

Bartek Konopka, reżyser

„Wyrwa to nie jest typowy kryminał. To także opowieść o bardzo skomplikowanej relacji między dwoma mężczyznami, których drogi spotkały się z powodu miłości do tej samej kobiety. Jestem przekonany, że z tej historii powstanie niezwykły film w stylu buddy movie”.

Paweł Wiernik, producent

Powieści naszych autorów w serwisie Storytel!

Z przyjemnością informujemy, że w serwisie Storytel Polska dostępne są w formie audiobooków debiutanckie powieści naszych autorów – Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną autorstwa Doroty Masłowskiej oraz Zrób mi jakąś krzywdę autorstwa Jakuba Żulczyka.

„Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną to chłodne spojrzenie na życie zdezorientowanej młodzieży z blokowiska, żyjącej od imprezy do imprezy, w świecie narkotyków, seksu i światopoglądowego nonsensu. Debiutancka powieść młodziutkiej autorki stała się z dnia na dzień zarówno literackim skandalem, jak i kultową książką pokolenia.”

„Zrób mi jakąś krzywdę” to przede wszystkim romans – historia dwudziestopięcioletniego Dawida i piętnastoletniej Kaśki, którzy pewnego letniego dnia wyruszają w szaloną podróż po Polsce. Na swojej drodze spotkają zarówno dresiarzy, jak i bogate emerytki, świadków Jehowy, a także aktorów porno oraz pewnego chorego psychicznie prywatnego detektywa. Podczas tej dziwacznej wyprawy oboje zostaną skonfrontowani z podstawowymi pytaniami o miłość, przyjaźń i dorosłość.”

#opowiadaniazczasówzarazy

Piotr Fiedler/Pamiętnik z zarażonego miasta

Zadzwonił telefon. Ki chuj, myślę. Numer nieznany – zazwyczaj nie odbieram. Znanych zresztą też nie. Ale czasy teraz wykrztuśne, wszystko może się zdarzyć… Może to dzwonią z ministerstwa, że mam się pakować bo ewakuacja, bo chcą żebym przeżył, bo na wyspę tropikalną zabiorą i tam nową Polskę będziemy robić i potrzebują kogoś z doświadczeniem z …młodzieżą?. Odbieram.

To pan Starszy, że zakupy. Skurwysyn.

Podyktował listę. 

Poszedłem do sklepu. 

Poszedłem do pana.

– Mi ten wirus tak sobie straszny,  panie Piotrku. Dwie żony miałem, obie z piekła rodem. Szatan je musiał wygnać od siebie, nawet jak dla niego zbyt podłe były. Pan sobie zapamięta, co ja panu teraz powiem: najważniejsze w małżeństwie jest jedno – żony nie wkurwiać!.

Pan Starszy mówi szybko, jak by mu te zdania światłowodem przesyłali.

Leciał telewizor z Kaczyńskim, że coś tam, że go nie widać ostatnio. Na widok Jarosława z Żola pan Starszy, nie kryjąc wzburzenia mówi:

– A tego starego chuja to bym zakaszlał na śmierć, jak bym tylko te corone miał.

Chujek jeden, jest w tej mojej grupie ludzi, którzy nie chcę żeby jeszcze żyli.

Kiedy przeliczałem w głowie moje szanse na ożenek (tylko bogate oferty) oraz weryfikowałem listę ludzi, którzy nie chcę żeby jeszcze żyli (wyszło mi sześć miliardów z kawałkiem), usłyszałem charakterystyczne syknięcie.

To pan Starszy otworzył właśnie puszeczkę żywca, którą mu wniosłem wraz z innymi zakupami na tysiąc osiemset sześćdziesiąte piąte piętro jego bloku bez windy. Puścił do mnie oko, pociągnął spory łyk i rzekł:

– Panie Piotrku, trzeba żyć pełnią żywca!

I wtedy przypomniałem sobie, że od stycznia nie piję.

Piotr Fiedler – autor i DJ. IG: @art.of.spitting

Wiremia/Klaudiusz Szymańczak

Pociąg drugiej linii nowojorskiego metra ruszył powoli z peronu stacji Columbus Circle, dużo mniej zatłoczonego niż zazwyczaj. Dochodziła 20.30, nieliczni pasażerowie zachowywali spokój, jednak w większości nie wpatrywali się w ekrany swoich smartfonów co było obecnie czymś powszechnym. Zza chirurgicznych maseczek, szalików i apaszek, którymi mieli zasłonięte twarze oczy każdego z nich spoglądały na coś innego w wagonie, tak aby jednocześnie unikać swojego wzroku nawzajem ale i widzieć jak najwięcej się da. Agent Slade poprawił obluzowaną maseczkę i usiadł na jednej z wolnych ławek ponad dwa metry od kolejnej pasażerki. Niepozorny wirus, o którym większość ludzi w Europie i USA mówiła z uśmieszkiem, że „trochę przerzedzi Chińczyków” przerzedzał już ludność całego świata i zmieniał jej codzienne nawyki.

Slade przyglądał się dyskretnie ludziom w wagonie i nie mógł się pozbyć wrażenia, że jedzie pociągiem uprowadzonym dawno temu na dzikim zachodzie przez grupę zamaskowanych zbirów. Chwilę później za oknami wagonu zniknęła czerń tunelu zastąpiona przez blady blask lamp na peronie. Pasażerowie siedzący po tej samej stronie co agent Slade wstali z siedzisk i zaczęli wpatrywać się w dziewczynkę stojącą samotnie na peronie stacji znajdującej się przy pięćdziesiątej ulicy. Dziecko miało co najwyżej trzy lata i było szczelnie opatulone w kurtkę, szalik i wielką czapkę z pomponem. Stało zdezorientowane na pustym peronie z maseczką chirurgiczną zasłaniającej niemal całą twarz. Drzwi wagonu otworzyły się jednak nikt nie wysiał. Cisza jaka panowała teraz na stacji i w pociągu była czymś zupełnie niespotykanym w nowojorskim metrze. Z drugiego końca peronu zaczęło dobiegać echo kroków pracownika metra. Tęgi, obwieszony ekwipunkiem i odziany w strój roboczy mężczyzna zbliżył się do małej, ale nie bliżej niż na odległość pięciu metrów.

– Co jest grane Peter?! – Maszynista odsunął okno kabiny i zawołał do kolegi na peronie.

– Nie wiem stary, ale przed chwilą wszyscy uciekli z peronu. – Robotnik z metra odpowiedział spokojnie przyglądając się dziecku i kartce którą miało na szyi. – Proszę zaopiekujcie się moją córką, ja mam tego wirusa, a nie mam żadnego ubezpieczenia i pracy. Nie wiem co mam zrobić, żeby jej pomóc. Nie chcę jej skrzywdzić. – Mężczyzna odczytał powoli i głośno notatkę.

– Człowieku na co my czekamy?! Ktoś wsiada? Wysiada? – Młody podenerwowany Azjata zawołał do maszynisty wychylając się przez drzwi. – Jej matka jest chora. Nie mogła się nią zająć, zostawiła ją w publicznym miejscu bo wie, że ktoś się dzieciakiem zajmie. Potem do niej zadzwonicie i po sprawie. Jedźmy do cholery zanim wszyscy będziemy chorzy. – Mężczyzna rozejrzał się po wagonie szukając sojuszników.

Kilka osób skinęło głowami dając do zrozumienia, że nie ma ochoty na samarytańskie zachowania. Obecność pracownika metra na peronie zwalniała ich całkowicie z poczucia odpowiedzialności. Samotna, być może chora, dziewczynka na peronie była teraz zmartwieniem administracji metra, nie ich. Slade wstał z siedzenia i podszedł do jednych z otwartych drzwi wagonu. Wyjął z marynarki legitymację służbową i przedstawił się głośno.

– Agent specjalny John Slade, FBI. – Jakie procedury was obowiązują w takiej sytuacji? – Zwrócił się do maszynisty i pracownika metra na pustym peronie.

– Musimy poinformować przełożonych o tym że na stacji mogło dojść do skażenia. Wstrzymać ruch pociągów i wezwać służby które zdezynfekują wagony i peron. – Człowiek na peronie wyrecytował procedurę bez zawahania.

– No to nie ma na co czekać. – Slade odparł.

– Już to zrobiłem. – Maszynista zawołał z kabiny.

– Kurwa czy wyście poszaleli?! – Azjata nie wytrzymał. – Przecież utkniemy tu na kilka godzin. Ta mała stoi jakieś dziesięć metrów od pociągu i nie wiadomo nawet czy jest naprawdę chora! Może ktoś sobie zrobił głupi kawał. Jeżeli któreś z nas jest zakażone to siedząc tu razem w zamknięciu stanowimy dla siebie większe zagrożenie niż ona! – Wskazał palcem na dziecko. Pan jest agentem FBI to panu płacą za bycie bohaterem tak jak im płacą za porządek w metrze. Jak pan chce niech pan wysiada i się tym zajmie, a my jedźmy stąd jak najdalej.

Wrzaski mężczyzny rezonowały raz po raz na opustoszałej stacji. Milczący dotychczas pasażerowie zaczęli komentować sytuację półgłosem i zdawali się podzielać pogląd krzykacza.

– Posłuchajcie mnie. – Azjata zmienił ton na spokojniejszy. – Jestem studentem medycyny. Jeszcze nie jestem lekarzem, ale jeśli nikt z was też nie jest to ja jestem najbardziej kompetentny do oceny ryzyka tej sytuacji. Jeśli nikt z nas nie jest chory, a ta mała jest zakażona to jeśli ten pociąg zaraz odjedzie my pozostaniemy zdrowi, a jej zostanie udzielona pomoc. Jeśli tu zostaniemy to zanim służby tu dotrą i skończą robotę to wszyscy możemy być chorzy. – Argumentował rozsądniej niż dotychczas.

Starsza biała kobieta z twarzą owiniętą apaszką podeszła do agenta Slade ‘a i spytała szeptem.

– Ten młody człowiek ma chyba rację. Może lepiej byłoby jak stąd odjedziemy.

– Maszynista już uruchomił procedurę. Nie możemy odjechać proszę pani. – Slade odparł spokojnie nie patrząc na kobietę.

Dwóch nastolatków, jeden czarny, a drugi biały, rozmawiało teraz ze zdenerwowanym studentem medycyny, któremu powoli udawało się zgromadzić wokół siebie stronników. W wagonie było w sumie sześć osób. W rogu siedział samotnie około trzydziestoletni mężczyzna, którego strój i powierzchowność sugerowały, że był osobą transseksualną. Sprawiał wrażenie jakby nie chciał mieć nic wspólnego z całym zamieszaniem.

– Proszę państwa musimy zachować spokój. Proszę usiąść i pozwolić działać służbom. – Slade zwrócił się głośno do wszystkich. – Nie ma tu nic do roboty ani dla agenta FBI, ani dla lekarza, czy studenta medycyny… – Agent spojrzał wymownie na Azjatę i usiadł licząc, że pozostali zrobią to samo.

Staruszka westchnęła głośno i usiadła na krawędzi ławki w wagonie, w którym zapadło milczenie. Jedyne co dało się usłyszeć to buczenie urządzeń elektrycznych w wagonie i na stacji.

– Biedna mała. Jest przerażona. – Staruszka jako pierwsza zainteresowała się bliżej losem pozostawionego na stacji dziecka. 

Dziewczynka jakby wyczuła zainteresowanie kobiety i zaczęła cicho płakać. W tej samej chwili stojący wciąż nieopodal robotnik poprawił maskę chirurgiczną na twarzy i zrobił powoli krok w stronę kwilącego dziecka.

– Proszę się cofnąć! – Agent Slade zerwał się z siedzenia, krzyknął i wyszedł z pociągu, kilka kroków na peron. – Powtarzam, proszę się natychmiast cofnąć!

– Biedne dziecko… – Staruszka załkała głośno.

– Mówiłem kurwa żeby jechać! – Student znowu zaczął krzyczeć po czym niespodziewanie wyciągnął zza pleców broń i wycelował w czarnoskórego nastolatka. – Jeśli pociąg zaraz nie ruszy rozwalę mu łeb! A pan agent specjalny niech zostanie tam gdzie jest i nawet nie myśli o tym żeby sięgać po broń. 

Krzyk napastnika umilkł i został zastąpiony głośnym płaczem dziecka. Slade stał na peronie przed wejściem do wagonu i spoglądał na przemian na robotnika na peronie, maszynistę wychylającego się przez okno i rozwścieczonego mężczyznę z pistoletem wycelowanym w głowę nastolatka. Agent pokiwał dyskretnie głową na boki dając do zrozumienia maszyniście żeby nie odjeżdżał. Obserwując wszystkich zgromadzonych na stacji pomyślał, że bierze udział w scenie jak z westernu, gdzie zamaskowani rewolwerowcy chcą ostatecznie rozstrzygnąć kto ma rację. 

– Co to jest wiremia? – Agent próbował wciągnąć napastnika w rozmowę i z podniesionymi rękami wrócił powoli do wagonu. 

– Co?! Odjeżdżaj stąd albo rozwalę mu łeb! – Mężczyzna wrzeszczał i zaczął walić nogą w metalowe drzwi oddzielające przedział od kabiny maszynisty.

Slade, ku przerażeniu współpasażerów, wyciągnął spokojnie broń z kabury i wycelował w pierś napastnika. Jednoczesny wrzask pasażerów zalał wagon podczas gdy dwaj mężczyźni stali naprzeciwko siebie z pistoletami w dłoniach.

– Nigdy w życiu nie używałeś broni palnej i nie studiowałeś medycyny. – Agent wyszeptał kiedy krzyki umilkły. – Nikomu nie zrobisz krzywdy tym pistoletem. Chyba, że rzucisz nim w czyjąś głowę. Jak masz na imię?! – Slade spytał głośno i zdecydowanie unosząc służbowego glocka na wysokość głowy desperata. 

– Wang… – Mężczyzna wycedził wystraszony trzymając w drżącej dłoni coraz bardziej ciążący mu pistolet. Zabierzcie mnie stąd natychmiast! – Ponowił wezwanie i załomotał po raz kolejny w drzwi maszynisty.

– Posłuchaj Wang, obaj dobrze wiemy, że to nie jest prawdziwy pistolet tylko replika. Całkiem niezła, ale replika. Znam się na tym. Odłóż to i …

Slade przerwał słysząc jak dziewczynka na peronie zaczyna głośno płakać. Maseczka, którą miała na twarzy zsunęła się jej na usta odsłaniając azjatyckie rysy twarzy. Dziecko płakało głośno przyglądając się temu co działo się w wagonie kilka metrów dalej. 

– Ty nie boisz się o siebie… – Slade kontynuował spokojnie. – Mała zna angielski? – Nie… – Napastnik rozpłakał się i osunął na podłogę po drzwiach do kabiny maszynisty. – Nie mieliśmy kiedy jej nauczyć…Ciągle pracowaliśmy… Zna chiński…Błagam włączcie jej na YouTube taką chińską kołysankę o dwóch tygrysach. To ją zawsze uspokaja…Nie mogę słuchać jej płaczu! Błagam Was… – Wang cedził słowa płacząc.

Slade wyjął z kieszeni smartfon i po chwili łapania zasięgu wyszukał kołysankę. Łagodne dźwięki uspokoiły atmosferę w wagonie i na peronie. Dziewczynka przestała płakać.

– To twoja córka, prawda Wang? – Agent kontynuował dziwaczne przesłuchanie.

– Tak…Przyjechaliśmy tu z Chin rok temu…Moja żona, jej matka – zrozpaczony wskazał palcem na dziecko – Jest ciężko chora, ale nie z powodu koronawirusa. Pół roku temu okazało się, że ma wadę serca, nie może pracować… a ja dwa tygodnie temu złapałem, ale mnie wyleczyli…spójrzcie! – Wang odłożył pistolet i wyjął powoli z kieszeni portfel z wynikami badań. – Jestem zdrowy, ale nikt nie chce mi dać żadnej pracy. Przyjechaliśmy do Nowego Jorku z New Jersey. Myślałem, że tutaj coś znajdę, ale do Chinatown nikt podobno nie chodzi teraz na zakupy. Nie mogłem pozwolić żeby moja córka umierała z głodu! Błagam pana niech mnie pan puści. Jestem zdrowy! Zupełnie zdrowy! – Wymachiwał trzęsącymi dłońmi w których trzymał papiery ze szpitala potwierdzające to co mówił. 

– Mam cię puścić, a ty ją tu zostawisz? – Slade spytał z niedowierzaniem.

– Muszę. Nie mam za co kupić jedzenia dla rodziny. Jeśli ją tu zostawię to trafi do adopcji. Jakaś amerykańska rodzina ją wychowa. Będzie mogła pójść do szkoły, do lekarza jak zachoruje i nigdy nie będzie głodna! Wie pan co się z nami stanie jak nas deportują do Chin? Zdechniemy na ulicy! Wszyscy troje! Jeśli ktoś się nią zajmie to może ocalę żonę jak to wszystko się uspokoi… błagam pana… mężczyzna klęczał zapłakany przed agentem Sladem.

– Ona naprawdę jest zakażona? Jak to się stało, że ona stała na peronie a ty byłeś w tym pociągu?

– Ja ją tam zostawiłem z tą kartką na szyi. Wskoczyłem do pociągu, który jechał w przeciwnym kierunku i chciałem odjechać jak najdalej. Jednak nie wytrzymałem i wskoczyłem na następnej stacji do tego wagonu żeby zobaczyć ją ostatni raz, czy wszystko z nią ok. Nie jest zakażona. W kurteczce ma wyniki badań lekarskich. Jest zdrowa, ale jej matka jest chora, a ja nie mam pracy i ubezpieczenia! Ten wirus nie jest taki groźny, ale groźne jest to co robi z ludźmi. Do mnie ludzie boją się podejść, a tym żeby dali mi pracę nie ma w ogóle mowy. Nawet w Chinatown mnie pogonili jak się dowiedzieli, że byłem chory. Wymyśliliśmy to razem z żoną żeby ktoś inny dał córce lepszą przyszłość, bo my nie możemy! Wiedzieliśmy, że jak będzie miała taką kartkę na szyi to od razu trafi pod opiekę lekarzy… Błagam pana, niech mnie pan wypuści. Ja stąd zniknę, a ona będzie miała zapewniony lepszy byt… Błagam pana…!

Slade podszedł powoli do mężczyzny i podniósł z podłogi replikę broni. Zabezpieczył i schował swój pistolet do kabury włączając ponownie chińską kołysankę w smartfonie.

– Idź ją przytul, ale nie ruszaj się z peronu.

Wystraszony Wang otarł przedramieniem twarz i pobiegł do córki. Wziął ją w ramiona i płacząc tłumaczył jej coś po chińsku. Tymczasem Slade rozejrzał się po peronie i ruszył w kierunku stojącego przy wyjściu bankomatu. Wypłacił 750$ i wsunął plik banknotów do kieszeni. 

– Pokaż wyniki jej badań. – Agent zwrócił się do zrozpaczonego ojca idąc w ich kierunku.

– Proszę! Spójrzcie! – Wyszarpał nerwowo z kurteczki córki dokumenty. – Jest zdrowa! Ja też!

– Bierz te pieniądze i wracaj do żony. Kup im coś dobrego na obiad i czekaj aż ten kurz opadnie.

Kolejne osoby wysiadały z pociągu i podchodziły do bankomatu, a dwóch nastolatków wyjęło z kieszeni wszystkie pieniądze i torebki z marihuaną. Chwilę później zapłakany Wang stał na peronie z córką na ramieniu, ponad dwoma tysiącami dolarów w gotówce i marihuaną wartą kolejnych kilkaset dolarów. Ostatnim który do niego podszedł był pracownik metra. Wsunął do kieszeni Wanga kanapkę zapakowaną w papier śniadaniowy.

– Idź już. Zaraz będzie tu ekipa odkażająca i policja. – Slade uśmiechnął się do Wanga i wskazał na schody prowadzące do wyjścia.

Mężczyzna ruszył w stronę schodów kłaniając się ze łzami wszystkim. Chwilę później uciekł trzymając córkę kurczowo w ramionach. Niespełna pięć minut po tym na stacji pojawili się ludzie w kombinezonach w towarzystwie policjantów z maskami na twarzach.

– Kto z państwa podejrzewa, że ma koronawirusa?! –  zawołał jeden z policjantów stojący na początku peronu.

– Ja! – Milczący dotychczas transwestyta zabrał głos imitując jak tylko mógł głos kobiety.

Mężczyźni w skafandrach podeszli powoli i wręczyli mu maskę chirurgiczną po czym przystąpili do wykonywania pozostałych procedur. Transwestyta mrugnął okiem do agenta Slade ‘a i zakładając maskę powiedział cicho:

– Nie przejmuj się. Jak będą się za bardzo do mnie przypierdalać to powiem, że mnie dyskryminują bo jestem trans. Pogadaj lepiej z tymi kolesiami z metra,  żeby pogmerali przy monitoringu na peronie i w wagonie. Kiedyś byłem maszynistą w metrze. Ty masz więcej do stracenia niż ja. Federalni nie są jednak tacy źli jak w filmach.

Wiremia – stan definiowany jako obecność we krwi wirusów, mogących się namnażać

Jeśli chcesz przeczytać kolejne opowiadanie z Agentem Slade’m w roli głównej, znajdziesz je tutaj: https://www.facebook.com/wydawnictwoliterackie/photos/a.112130142196209/2870834929659036/?type=3&theater

Klaudiusz Szymańczak, autor powieści kryminalnych „Negatyw” i „Mroczny świt” (WL, luty 2020). Jeszcze w tym roku ukaże się „Virga”. Więcej o autorze: https://www.facebook.com/kszymanczak

PRACA ZDALNA/ Piotr Rogoża

Tylko w labiryncie arkusza kalkulacyjnego czuję się bezpiecznie. 

Ktoś inny pewnie zgłupiałby patrząc na skomplikowane tabele, spuścił głowę i przyznał, że trafił w niewłaściwą okolicę. Nie ja: Excel to mój habitat. 

Kolumna po kolumnie, wiersz po wierszu, odnajduję właściwe komórki i wpisuję w nie zera, a pola podświetlają się na czerwono. Zero, zero, zero. Czerwono jak na pochodzie pierwszomajowym. Trudno, nie wolno mi zakłamywać rzeczywistości. Jeszcze przyjdą czasy, gdy arkusze się zazielenią, a linie wykresów wystrzelą ku niebu. 

Który to już dzień, gdy pracuję zdalnie? Dwudziesty ósmy czy dziewiąty, a może i więcej? Tęskno mi za biurem, brakuje przestrzeni open space’u, brakuje szumu drukarek. Jestem rybą z otwartego akwenu, nagle zamkniętą w ciasnym akwarium. Ale nie narzekam. Wszyscy musimy ponieść ofiary, poświęcić trochę wolności, a ja i tak jestem uprzywilejowany: wciąż mogę pracować. A przecież tam dom twój, gdzie arkusze twoje. Jeszcze wrócę do mojego coffee pointu, jeszcze posiedzę w chillout roomie. Widzę je, gdy zamykam oczy. 

Jeszcze wszyscy wrócimy na swoje miejsce. 

*

W mieszkaniu panuje półmrok, okna w końcu zasłoniłem całkiem, bo jakbym nie próbował siadać, raziło mnie słońce. Na zewnątrz i tak nie ma na czym oka zawiesić, żadna strata: szare osiedle zastygło w stop-klatce. Wszyscy odpowiedzialnie zostali w domach, schowani jak dzieci pod kołdrą, z nadzieją, że zaraza przetoczy się nad nami jak najszybciej, u nikogo nie zagości na dłużej, nikogo nie zabierze ze sobą. 

Na samym początku, bodajże drugiego dnia – wtedy jeszcze wstawałem co jakiś czas od biurka – zobaczyłem karetkę pogotowia parkującą pod blokiem naprzeciwko. Potem już nie wyglądałem przez okno. Newsy na portalach też przestałem czytać, bo rozpraszały, odrywały od pracy, a nie lubię, jak mi się przeszkadza. Teraz już żadnych newsów nie przeczytam, choćbym chciał: nic się nie ładuje, przeciążona sieć padła i leży. Może jestem gościem od Excela, nie znam się na sieciach, ale jak dla mnie to jasny sygnał, żeby jeszcze nie wychodzić z domu. Gdy naprawią net, będzie wiadomo, że wszystko zaczyna wracać do normy. 

To oczywiste: któregoś poranka wirus odejdzie, światłowodami popłyną bity, fale wi-fi przenikną przez ściany, a ja przeczytam na Slacku wiadomość: „Biuro działa, zapraszamy!”.

O niczym innym nie marzę.

*

Płyną dni, wpisuję zera. Noce i dnie zlewają się w szarą breję.

Ktoś puka do drzwi, ale nawet nie wstaję. Nie przypominam sobie, żebym zamawiał kuriera. Z sąsiadami nie utrzymuję relacji, nie znam tu nikogo, od nikogo nie potrzebuję pomocy, nikt nie zwróciłby się po pomoc akurat do mnie. Może jakieś bandy wyszły na osiedle, chodzą po domach, rabują ludziom puszki i papier toaletowy? 

Może chcą mi zabrać moje zera?

Puszki jeszcze mam, całą szafę pełną puszek, do wyboru, do koloru, fasolka po bretońsku, tuńczyk, pomidory. Wieżę mógłbym z tych puszek zbudować. Ale, ale: przestałem jeść. Sam nie wiem, kiedy, chyba też na początku, ósmego albo dziewiątego dnia, pewnie ze stresu, a potem się jakoś przyzwyczaiłem. Naprawdę, w ogóle nie czuję głodu. Dzięki temu przestałem też zużywać papier toaletowy, po prostu same pozytywy. Przetrwam w mieszkaniu tyle, ile będzie trzeba. Firma też przetrwa, nie martwię się o firmę. 

Jeśli się martwię, to o mamę. Grupa podwyższonego ryzyka, wiadomo. Próbowałem do niej dzwonić, ale sieć komórkowa też nie działa, padła razem z netem. Nawet przeszło mi przez głowę, że może zapomniałem zapłacić, ale przecież mam ustawione zlecenie, zresztą operator przypomniałby mi o zaległości. 

Nieważne. Wpisuję zera, nieskończone ciągi zer.

*

Łomot do drzwi, aż się wszystko trzęsie.

Odrywam się od ekranu, wstaję. Jakaś poważna sprawa. Kto wie, może weszła w życie nowa kryzysowa ustawa i służby sprawdzają, czy na pewno karnie siedzimy w domach? Trzeba współpracować, państwo to przecież jak wielka firma, musimy razem realizować cele.

Czuję się lekki i wiotki. Z trudem sunę do przedpokoju, trwa to całe wieki, a łomot nasila się, aż w końcu słyszę trzask wyłamywanych drzwi. Krzyczę, ale nie słyszę własnego głosu.

– Jezu

Wchodzą jak do siebie, dwóch policjantów w białych maskach na twarzy, młode, postawne byczki. Staję im naprzeciw.

– No pięknie – mówi niższy. – Mieli rację, skubani. Mieli rację. 

Wyższy, ale najwyraźniej młodszy stopniem, mruczy coś niewyraźnie i poprawia maskę na twarzy. Niższy zagląda do pokoju, staje przy biurku. Kręci głową. 

– Młody facet – mruczy. – No przejebane, żeby tak przy biurku. Pakujemy go, tylko ostrożnie.

Dopiero teraz dostrzegam kształt, dziwny, niemożliwy, zupełnie abstrakcyjny: jakby manekin spadł z krzesła i zastygł na podłodze. Wyższy policjant rozwija wór z czarnej folii, we dwóch z wysiłkiem wkładają kształt do środka. 

– Myślisz, że wirus? – sapie wysoki.

– Cholera wie – odpowiada mu przełożony. – Nikt już tego nie sprawdzi. Ze dwa tygodnie musiał tu leżeć. Wypadałoby, że pieprznął w kalendarz akurat na sam koniec kwarantanny. 

– No pech.

– Dobra, bierzemy go. Tylko weź uważaj, żeby nie było jak wtedy na Chłodnej.

Powoli wychodzą z mieszkania; nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Przyglądam się wyłamanym zawiasom drzwi. Do kogo się z tym zgłosić? Ktoś teraz w ogóle przyjedzie, żeby naprawić? 

Na szczęście nie ruszyli komputera, a to najważniejsze: mogę dalej pracować. Wracam do biurka, nie czując własnych nóg. Chyba jestem mocno osłabiony, bo brnę przez powietrze jak przez kisiel. Siadam na krześle, wbijam wzrok w martwy, matowy ekran i wracam do wpisywania zer. 

Piotr Rogoża, autor thrillera „Niszcz, powiedziała” (2019). W sierpniu 2020 roku nastąpi premiera słuchowiska pt. „Żywa woda” według scenariusza Piotra Rogoży w serwisie Audioteka oraz ukaże się audiobook i ebook pt. „Szara strefa” [ko-edycja Wydawnictwa Marginesy i serwisu Storytel.

Autor na FB: https://www.facebook.com/piotrek.rogoza; IG:@piotrek_rogoza; @warszawahardkor

Urlop w czasie zarazy/Ahsan Ridha Hassan

Chodzę od ściany do ściany od balkonu do drzwi. Czas kwarantanny, jakby urlop. Jakby Egipt. Chodzę i sprawdzam stan posiadania.

Zapas papieru toaletowego, szesnaście tłustych rolek, mógłbym zmumifikować ród faraonów. Albo chociaż sąsiadów zza ściany. Wraz z kotem. Piramida żywności w kuchni: pomidory w puszcze u fundamentu, bloki z tofu scalone zaprawą z makaronu bezjajecznego i brązowego ryżu wypełniają przestrzeń zasadniczą, na czubku drożdże do pieczenia chleba. W lodówce ciemno, grobowcowy mrok, tyle jedzenia, światło nie ma przestrzeni do jarzenia. Obok lodówki Nili-litry piwa, wina i środka dezynfekującego. Moje, tylko moje. 

Za oknami krąży klątwa na błoniastych skrzydłach nietoperza. Spływa ta klątwa z błon na błony ciała, do komórek wchodzi. Smaży płuca. Nie pozwolę, żeby klątwa wniknęła do mojej przestrzeni. Spędzam tu czas kwarantanny. Izolacji. W zasadzie, nie mam pewności, ile trwa już izolacja. Pół tygodnia? Pół życia? Długo. Dłużej. Niby staruch zaciskający mocno ostatni dzień egzystencji, jestem uczepiony tych ścian, tego papieru. Tego czasu. Moje, tylko moje.      

Czas. Nie potrafię myśleć o czasie inaczej, niż poza znanymi dobrze współrzędnymi: ściana do ściany, balkon do drzwi. Tu się rozciąga. Nigdzie indziej. Jest teraz, tą sytuacją. Czas przeszły to dla mnie blade widmo. Przyszłość zaklęta w wiecznym poronieniu. Nigdy się nie narodzi. To, co pewne, to mój czas izolacji. Mój papier. Moje zapasy. Moje, tylko moje.

Nieraz za ścianą słychać skrobanie. To chyba sąsiedzi. Inni izolowani, których nie miałem okazji poznać. Obecność obwieszczają wyłącznie drapaniem za tapetą. Zamknięci ze swoimi zapasami. Ich, tylko ich.  

Rozmyślam ostatnio nad urlopem od życia. Nad śmiercią. Dostojewski pisał, że co, jeżeli po drugiej stronie nie czeka nas nic innego, jak wieczne zamknięcie w klitce pełnej pająków. Niektórych może przerażać ta wizja. Mnie nie. Czuję się w niej nawet zadomowiony. Nie mogę powiedzieć, że nie obawiam się śmierci. Wręcz przeciwnie. Najbardziej boję się wizji egipskiej. Anubis, który waży serce umarłego. Jeśli serce jest lekkie, przechodzisz dalej. Za ciężkie trafia na pożarcie potwora. Słabo mi na myśl o wyrwanym z piersi sercu. Moim, tylko moim.

Ahsan Ridha Hassan, polski pisarz o irackich korzeniach, autor powieści „Zabobon

Obserwuj Autora na FB: https://www.facebook.com/ahsanridhahassanpisarz/?__tn__=%2Cd%2CP-R&eid=ARBZhKV6qlBKvKfSCPDbKbTTP0scl1b9WJIULyw5fmvJzPUxS_xW50J3u33tK0Y0a0Q95jtJQ8qI4M6m i IG: @ahsanridhahassan

Zofiówka/Monika Powalisz

Ledwo ruszyliśmy w las żółtawą, posypaną tanim piachem wiejską drogą w kierunku Zofiówki, najechała nas para na koniach. Majestatyczni i odpowiednio zdystansowani, anonimowi jeźdźcy wstrzymali zwierzęta i spojrzeli na naszą trójkę z góry, po czym lekkim kłusem oddalili się w prawo. My odbiliśmy w lewo. Przez chwilę jechaliśmy jeszcze po wyraźnych śladach końskich kopyt odciśniętych w miękkim piasku, upojeni temperaturą dziwnie nie marcową, powiedzmy szczerze, temperaturą wręcz lipcową, która bezczelnie podkreślała apokaliptyczny charakter naszej wycieczki: skwar lał się z nieba i wkrótce zaczęliśmy się pocić. Malutka, Stary Ole i ja. 

Zanim wjechaliśmy na dobre w dzikie ostępy, ścigał nas jeszcze z oddali odgłos piły mechanicznej, która zawzięcie, mimo soboty, piłowała zapewne jakieś tłuste kłody. Może już na przyszły sezon, bo teraz wszystko było na przyszły sezon, nawet piłowanie. Rok 2020 mimo przywitanej niedawno wiosny już teraz wydawał się zamknięty do odwołania. 

Przeszło mi wtedy przez myśl: Ach, jaki zaradny musi być ten niewidoczny pilarz! Jaki gospodarny! Zapobiegliwy! Niczym moja matka, która odmraża kolejne porcje malin i jagód dla Malutkiej, okazując w ten sposób swą tryumfującą wyższość nad zamkniętym światem. 

Zaraz potem przyszła mi do głowy inna myśl, posępniejsza. A jeśli ten gospodarz rżnie piłą wcale nie drewno, ale na przykład swą znienawidzoną, martwą połowicę? Bezkarna fantazja zdążyła już w mojej głowie wykreować obraz z kilku niedobrych filmów, które zapadły mi w pamięć, ale niestety krwawe obrazy trzeba było czym prędzej odpędzić, bo zaraz na pierwszej leśnej krzyżówce napotkaliśmy dwie kolejne osoby. Wszystko wskazywało na to, że było to zgromadzenie matki i córki. Matka biegła przodem, w samych szortach i bluzie, za nią jechała na rowerze córka. Leśna ścieżyna była wąziuteńka, zasłana zeszłorocznymi, zgniłymi liśćmi. Z trudem minęliśmy się na niej wszyscy zachowując uświęcony, socjalny dystans: Malutka, Stary Ole i ja. 

Promienie słońca przeświecały pięknie pomiędzy konarami mijanych przez nas drzew, a wokół nas pląsały całe zastępy latolistków cytrynków, które – świeżo wybudzone z martwych liści -ruszyły po wiosnę razem z nami.

Malutka parła do przodu. I znów ledwo wyjechaliśmy na przejrzystą, ubitą, szeroką leśną drogę, pędem nadjechał z naprzeciwka zakapturzony, samotnie przemierzający leśne ostępy, wielki samiec alfa, na swoim wielkim, czarnym rowerze. Szczelnie okryta czarnym kapturem dresowej bluzy twarz ledwo wystawała na świat, ale droga kropelkowa bynajmniej nie została zabezpieczona. Zdyszany i poczerwieniały mężczyzna zostawił za sobą tuman kurzu.  Malutka kaszlnęła, a Stary Ole zarządził odbicie w daglezje. 

Piękna, daglezjowa aleja zachowała się jakimś  cudem, wciśnięta pomiędzy dwa nowe szlabany. Zsiedliśmy z rowerów wszyscy: Malutka, Stary Ole i ja, i weszliśmy pomiędzy prastare drzewa. Te po lewej były jakby dostojniejsze i silniejsze. Stary Ole chciał objąć ramionami dwie daglezje jednocześnie, ale drzewa nie dały się. Za grube, za stare. Zadzieraliśmy w górę głowy. Cmokaliśmy z podziwu. Stary Ole mruczał: piękne, piękne, jakby patrzył na postawne kobiety. 

Kto je tu posadził? Kiedy? Dlaczego? Strzeliste jedlice uparcie milczały. Malutka pomstowała. 

„Daleko jeszcze do tej Zofiówki?”

„Daleko?

„Daleko jeszcze do tej Zofiówki?”

Ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy przez chwilę w zamyśleniu ciesząc się leniwymi podmuchami rozpędzonego zefira. Wreszcie sami! Malutka, Stary Ole i ja. Droga wiła się niesfornie przed nami, prawie niewidoczna wśród sosen i dębów. Malutka stwierdziła z przekonaniem, że już kiedyś tą drogą jechała. Upierała się przy tym dostojnie pedałując. Krzyczała na całe gardło, nie dając się wyprzedzić: 

„A ja znam tę drogę, a ja znam tę drogę, a ja znam tę drogę, ja znam tę drogę!” 

Ale to ja znałam tę drogę! Teraz przypominam sobie wyraźnie pewną rowerową eskapadę sprzed dwóch dekad. Marysia też wtedy jechała dość szybko, przodem i nie zauważyła, że w letnim półcieniu, pod smukłym bukiem, a może zwykłym świerkiem albo sosną, stał w samym prochowcu ekshibicjonista. W pędzie nie można było dostrzec szczegółów, i dziś, po latach, także nie pamiętam nic z jego poblakłego, męskiego przyrodzenia. Przeszłość domagała się teraz ode mnie dalszych szczegółów, żeby nasycić to wspomnienie kolorami, ale w tym momencie i na tej odległej, wcale nie uczęszczanej, krętej, niedostępnej ścieżce, wyrosła nagle przed nami para ludzi. Szli niechybnie od strony Zofiówki. Wyglądali na zagubionych w czasie: bez przeciwsłonecznych okularów, bez kijów po bokach, bez truchtania, bez sportowej odzieży, bez telefonów, drona, wózka z dzieckiem, plecaków i odblaskowych opasek. Wyglądali jak ludzie, którzy po prostu lubią chodzić po lesie i nic tym chodzeniem nie muszą udowadniać. Mimo to, wydało nam się trochę dziwne spotkać ich w tym miejscu, o tej porze, tego dnia i w tej sytuacji. Może wpadli na ten sam pomysł, co Malutka, Stary Ole i ja? 

Wreszcie zza drzew zaczęły połyskiwać czerwone, blaszane dachy zabudowań. Wjechaliśmy na drogę pełną wądołów, dziur, jeszcze trochę leśną, ale już letniskową. Tuż za zieloną tablicą z napisem „Zofiówka” ukazał się cel naszej podróży. Sklep na dzwonek! Przez płot dostrzegliśmy gospodarza: Malutka, Stary Ole i ja.

 W tym momencie przed naszymi oczami przesunęły się liczne gatunki piw, które za chwile wypijemy dla ochłody: Stary Ole i ja. Malutka, rozmarzona, pochłaniała w myślach lodowe rożki, twistery i kaktusy, za które Stary Ole miał zapłacić według jej własnych słów „kartą kretynową”. Niestety wszystko na próżno! Nasze wizje strudzonych podróżą hedonistów okazały się klasycznymi mrzonkami czasów zarazy. 

Sklep był zamknięty. Poczuliśmy w tym momencie, Stary Ole, Malutka i ja, że odebrano nam całą radość z tej podróży. Z tej niewinnej eskapady, krótkiej wycieczki po zasłużoną przyjemność. Cóż mogliśmy zrobić? 

Zawróciliśmy strapieni. Jeśli nie działa nasz sklep na dzwonek, to co działa? Malutka jeszcze długo wyglądała tak, jakby za chwilę miała wybuchnąć głośnym płaczem, ale zamiast zapłakać pomknęła do przodu, ze złością naciskając pedały. Jedynie plastikowe, kolorowe wstążki przytwierdzone do uchwytów jej roweru, zapewne sprowadzone z Chin, wesoło podrygiwały na wietrze wszystkimi kolorami tęczy.  

Wracaliśmy wolno, zasmuceni, głównymi leśnymi drogami: Stary Ole i ja. Ludność miejska nagle zaczęła się wlewać do lasu nieprzerwaną falą. Jeszcze próbowali utrzymywać między sobą, że wszystko jest w najlepszym porządku. Kroczyli dostojnie parami, trójkami, czwórkami, a nawet piątkami. Wciąż stadnie, wesoło, sprężyście, dziarsko, zapomniawszy o zaleceniach, które najwidoczniej w sobotę nie obowiązywały. 

Zanim skręciliśmy do domu, na leśnej drodze znalazłam dziwnie pomięty, wełniany szalik w szkocką kratę, rozjechany kilka razy przez przemierzające las samochody, których nikt już nie kontrolował. Odruchowo go podniosłam. A co, jeśli był zarażony?

Monika Powalisz, scenarzystka, autorka powieści „Ósme ciało”. FB: https://www.facebook.com/Monika-Powalisz-pisarka-1732683260174610/

IG: @superpaperqueen

SĄSIEDNIE KOLORY / Jakub Małecki

Opowiedział mi o niej mój brat.

Mieszka w piątym domu przy drodze, licząc od starej kapliczki. W pojedynkę, ogołocona już z krewnych przez czas. Bez zwyczajów, możliwości, wyborów, z niebem widywanym najczęściej przez szybę. Ganek śliski, wiatr zdradliwy. Można się przeziębić.

Widują się dwa razy w tygodniu. Czasem trzy. Mój brat składa się z rytuałów, których zawsze trochę mu zazdrościłem, nigdy mu tego nie mówiąc. Jeden z nich dzieli ze swoim małym zawiadowcą codzienności, z czterolatką o imieniu T. Zaczyna się w przedpokoju: buty, bluza, kurteczka, czasem duże ociemniane okulary, czasem kalosze, jeśli akurat padało. T. zna już zasady rytuału, wyciąga do góry rączkę i tak wyruszają: tata i jego mała Królowa, na zwiedzanie podległego jej świata.

Idą od domu do domu, od gospodarstwa do gospodarstwa: ta ciocia ma kury, u tej oglądamy krowy, tutaj bywają szpaki, a pan S. pokaże nam kozę. Do niej zachodzą z przyzwyczajenia: kiedyś zawołała ich z okna, żywa, przejęta. Weszli na podwórko, zapukał w stare drzwi. 

– Jak dobrze, że pan jednak szedł. Bo listonosza dziś nie było, a ja bym potrzebowała, jeśli by pan mógł, no wie pan, je nie mam siły, a chodzi o to, że.

Zaplątana w słowa, wskazała wreszcie butelkę z wodą, stojącą pośrodku okrągłego stołu. Mój brat odkręcił ją, zastanawiając się, ile razy obserwowała ich zza firanki, kiedy tak spacerował z T., pokazując jej kolejne zwierzęta. Dziewczynka początkowo bała się tej dziwnej, chropowatej pani, ale dostała dwa cukierki i apetyt zwyciężył ze strachem. Odwiedziny gładko weszły do rytuału i tam już zostały.

Kiedy przychodzą, kobieta czasem prosi, aby wyjąć jej coś z najwyższej szafki, aby przenieść pełen garnek z miejsca na miejsce, najczęściej z niepewnym uśmiechem wskazuje butelkę, której nigdy nie ma siły odkręcić powykrzywianymi palcami.

W głęboko pobrużdżonej twarzy kryją się wszystkie odnogi jej przeszłości, te mniej i bardziej prawdziwe, zmieszane jak sąsiadujące kolory na płótnie, które malarz za bardzo rozcieńczył olejem. Sama nie potrafiłaby już powiedzieć, które wydarzenia były prawdziwe, czy bardziej kochała Romana czy Janka, czy była dobrą kobietą czy złą, i czy miała właściwie to życie czy też nie.

Od czasu tamtej pierwszej wizyty zawsze ma coś słodkiego, co wyciąga od razu, pospiesznie, jakby bała się, że bez tego przekupstwa przestaną przychodzić. W takim wieku towarzystwo zawsze ma swoją cenę, nawet jeśli wszyscy szlachetnie udają, że nie.

Zakupy raz w tygodniu robi jej sąsiadka, która kiedyś zapomniała kupić wafelków dla T. Kobieta aż drżała podczas wizyty, przepraszając co chwilę, zapewniając dziewczynkę:

– Następnym razem dostaniesz więcej, na zaś.

Wszystko, co dzieje się na świecie, dzieje się w telewizji. Wiadomości są równie fikcyjne jak filmy, które ogląda czasem wieczorem na Polsacie. Nic z nich nie przenika przez ściany jej domu. Słyszy o kolejnych wyborach, o kolejnych katastrofach, o romansach, wypadkach, wynalazkach, nagrodach, o skandalach, nowych rodzajach samochodów, o wielkich odkryciach i podróżach w kosmos. Słyszy o epidemii. O ludziach zamkniętych w domach jak ona. Zastanawia się, kiedy wyjdą – ona nie wyjdzie nigdy. Ten rok jest taki sam jak wcześniejszy i jak ten, co przyjdzie po nim. Stół przy oknie. Łóżko z coraz głębszym odciskiem jej ciała. Czajnik, którego gwizd rozpoznałaby wśród gwizdów innych czajników. Dwie osoby, które mogą odkręcić jej butelkę: listonosz i mój brat.

Jakub Małecki – autor bestsellerowych powieści „Dygot”, „Rdza”, „Nikt nie idzie”, „Horyzont”, wydanych nakładem wydawnictwa SQN. Nowa powieść pt. „Saturnin” ukaże się jesienią. Zobacz FB Autora : https://www.facebook.com/profile.php?id=100015583530890 oraz na IG: @jakmalecki

Naleśniki/Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Jajko, mąka, mleko, szczypta soli, olej. A mąki zabrakło w mieście bardzo szybko… 

Per nie gromadził zapasów. Miał traumę. Jego babka, kiedy jeszcze żyła i mieszkali razem, magazynowała ogromne ilości jedzenia, które potem gniło. Robactwo wyłażące z mąki prześladowało Pera podczas snu . Wydał sporo pieniędzy na terapię. Najdłuższa, prowadzona przez doktora Zigulu Makro Kotas-Kokota doprowadziła do tego, że złożył papiery o zmianę imienia i nazwiska. 

Doktor Zigulu Makro Kotas-Kokot załamał ręce, gdy podczas ich ostatniej sesji usłyszał, iż Per dalej czuje się jak ogromny robak wyłażący z przepastnego worka mąki. Po chwili zastanowienia, doktor zapytał pacjenta: 

– Czy nie wydaje się panu intrygujące, że słowo bóg, po angielsku: „god”, czytane wspak, to „dog”?

Nic mu nie odpowiedział, choć właśnie wtedy podjął życiową decyzję. 

Sprawy zaczęły się komplikować, kiedy Światowa Organizacja Chorób wywarła presję na rządy poszczególnych państw. Per Pero-Pro stracił  nadzieję, że w krótkim czasie zmiana jego danych zostanie urzędowo potwierdzona. Wirus powodował ciężkie zatwardzenia, dlatego Per Pero-Pro nie potrafił pojąć,  dlaczego w sklepach zabrakło najpierw papieru toaletowego, a dopiero potem mąki. Zainfekowani nie mogli się załatwić, szczerzyli zęby i pluli. 

Choroba najłatwiej przenosiła się drogą kropelkową. Rządy państw, na wniosek Światowej Organizacji Chorób, nałożyły na obywateli nakaz noszenia masek. Wszędzie, w każdej sytuacji. Choć uczyniono trzy odstępstwa. Masek nie trzeba było zakładać podczas jedzenia. Pod warunkiem, że posiłek był spożywany w samotności. Podczas masturbacji. Pod warunkiem, że dochodziło do niej w samotności. Podczas jazdy na rowerze. Pod warunkiem, że nie był to rower typu tandem. Ostatni wyjątek był wyrazem szacunku dla lidera Światowej Organizacji Wiary, która jako pierwsza  zastosowała się do wytycznych Światowej Organizacji Chorób. Momentalnie  wydano nakaz zamknięcia wszystkich świątyń na czas nieokreślony. Wyższy personel Światowej Organizacji Wiary nie pozostał bez środków do życia, bo rządy państw nie zrezygnowały z podatku od wiary. Ba,  podatek nawet podniesiono o pięć procent. 

Przywódca Światowej Organizacji Wiary był zapalonym kolarzem, a rządy państw, mając na względzie jego dokonania w zjednoczeniu wszystkich religii świata, zwolniły cyklistów z zakładania masek. Jazda na rowerze nie była modna, mało kto był nią zainteresowany, Per zaliczał się do tej stosunkowo nielicznej grupy. Trzeba dodać, że od lat cierpiał nie tylko z powodu mar sennych. 

Wybuch pandemii Vasco da Samba -2020 nie zrobił na nim większego wrażenia. Kłopot w tym, że zachciało mu się naleśników i nigdzie nie mógł zdobyć mąki. Rozwiązanie problemu przyszło niespodziewanie. Dziewiątego dnia tygodnia, w miesiącu tabor-talal, telewizja rządowa obwieściła, że kraj bardzo dobrze radzi sobie z pandemią, a nowy środek przeczyszczający wynaleziony przez Laxo International of Our Lady stanie się w najbliższych tygodniach ogólnodostępny. Telewizja podała też, że będzie można kupić mąkę, choć punkty sprzedaży znajdować się będą w lasach państwowych. Dotrzeć będzie tam można wyłącznie na rowerze. Na sam koniec wiadomości poinformowano obywateli, że rząd zdecydował o stopniowym przywracaniu działalności  urzędów. Dwa ostatnie newsy najbardziej ucieszyły Pera.  

W dniu, w którym nareszcie kupił mąkę, zanim zdążył zrobić ciasto na naleśniki, do drzwi zapukał zamaskowany przedstawiciel urzędu, wręczając Perowi pismo. Tamtego dnia Per Pero-Pro przestał istnieć. Narodził się Dog Kabor-Kabor. 

Tylko w nocy przyśniło się Dogowi, że jest wielkim  naleśnikiem zawiniętym w czekoladowego robaka. Przebudził się z krzykiem na ustach.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, pisarz i reżyser, mieszkający w Wiedniu. Jego ostatnia powieść pt „Złodzieje bzu” ukazała się nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc.

„Niecodzienna książka” : Krew i Honor

„Alternatywna historia. Polska niby międzywojenna, niby niedowojenna. Warszawa, a jakże, ale w tej alternatywnej Warszawie – z sanacją i szwoleżerami byczącymi się po ulicach – są współczesne „Lustra”, kultura afteru, współczesna polszczyzna przemiksowana z polszczyzną przedwojnia, hipsterzy, a nawet hipster – prawica… […]
Wciąga się gładko jak kreskę koko” (Ziemowit Szczerek).

Najnowsza powieść Michała Zygmunta pt. „Krew i honor” wydana nakładem Wydawnictwa Krytyka Polityczna została doskonale przyjęta przez krytyków i czytelników.

Bohater powieści Jakub Berg ma wszystko. Przynajmniej tak mu się wydaje. Dużo seksu, mocnych wrażeń i niekończącej się zabawy, a przede wszystkim bardzo dużo pieniędzy. Całe jego życie odmieni jedna impreza… a życie to będziemy mogli śledzić na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

Autora i jego powieść można obserwować na Instagramie: @michal.zygmunt.ig



Józef Hen w Wydawnictwie MG

W tym roku, nakładem Wydawnictwa MG ukażą się następujące utwory Józefa Hena: wznowienie romansu wydanego w latach 80-tych pt. „Odejście Afrodyty” (marzec 2020) oraz klasyki biografii historycznej pt „Ja, Michał z Montaigne”.


W marcu MG wydaje ponownie kryminał pt „Twarz pokerzysty”, w nowej szacie graficznej.

Na jesień 2020 zaplanowana jest premiera najnowszych dzienników Autora, które ukażą się pod tytułem „Do Was i od Was”.

Na kolejny rok, MG planuje wznowienie „Teatru Heroda: Opór. Przed wielką pauzą”, a także cyklu nowel z gatunki „płaszcza i szpady” pt „Przeciwko diabłom i infamisom” (wydane poprzednio pod tytułem „Przypadki Starościca Wolskiego”).


Ahsan Ridha Hassan – „Zabobon”

Ahsan R. Hassan, polski pisarz o irackich korzeniach, jest autorem wydanej nakładem Wydawnictwa MArginesy powieści pt „Zabobon„.

Bohater powieści mierzy się z demonami przeszłości. Przeszłość dopada go w momencie, kiedy próbuje rozwiązać na kartach swojej powieści zagadkę morderstwa w Brzezinach Śląskich… Mocna, oryginalna, psychologiczna proza Hassana to świeży głos w młodej polskiej literaturze współczesnej.

obserwuj Autora na IG: @ahsanridhahassan

„Inni ludzie”: tłumaczenie i adaptacje


Rap-poemat Doroty Masłowskiej pt „Inni ludzie” (Wydawnictwo Literackie) ukazało się w tłumaczeniu na język niemiecki autorstwa Olafa Kuehla. Wydawcą jest Rowohlt Verlag Berlin.

Na początku 2020 roku ruszyły także zdjęcia do ekranizacji „Innych ludzi”, filmu fabularnego w reżyserii Aleksandry Terpińskiej, którego producentem jest Madants Production :http://madants.pl

Ekranizacja prozy Jakuba Małeckiego


Firma producencka Naima (Jerzy Kapuściński & Wojciech Kabarowski) nabyła wyłączną opcję do adaptacji filmowej powieści pt „Horyzont”.

Rozpoczęły się prace nad scenariuszem filmu fabularnego, którego reżyserem będzie Bodo Kox (Agencja JUMP). Prawa filmowe autora powieści reprezentuje Syndykat Autorów – Agencja Literacka i Scenariuszowa.

więcej o Autorze oraz innych jego powieściach na stronach Wydawnictwa SQN: https://www.wsqn.pl/doczekalismy-sie-horyzontu/

„No Matter How Hard We Try” in Moscow/”Między Nami Dobrze Jest” w Moskwie

Another international premiere of the worldwide renowed drama „No Matter How Hard We Try” by Dorota Masłowska, this time in Russian language version at the Praktika Theatre in Moscow.
Kolejnym międzynarodowym wystawieniem dramatu Doroty Masłowskiej jest spektakl w moskiewskim Teatrze Praktika, zrealizowany przy wsparciu Instytutu Polskiego w Moskwie.
Foto by Lana Pawlowa.
The Author attended Praktika premiere /foto by Lana Pawlowa. More on the performance and the Theatre : https://praktikatheatre.ru Autorka wzięła udział w premierze spektaklu. Tekst w tłumaczeniu Ireny Kisielowej wyreżyserował Iwan Komarow.