Miesiąc: Kwiecień 2020

#samotnośćwczasachzarazy

SĄSIEDNIE KOLORY / Jakub Małecki

Opowiedział mi o niej mój brat.

Mieszka w piątym domu przy drodze, licząc od starej kapliczki. W pojedynkę, ogołocona już z krewnych przez czas. Bez zwyczajów, możliwości, wyborów, z niebem widywanym najczęściej przez szybę. Ganek śliski, wiatr zdradliwy. Można się przeziębić.

Widują się dwa razy w tygodniu. Czasem trzy. Mój brat składa się z rytuałów, których zawsze trochę mu zazdrościłem, nigdy mu tego nie mówiąc. Jeden z nich dzieli ze swoim małym zawiadowcą codzienności, z czterolatką o imieniu T. Zaczyna się w przedpokoju: buty, bluza, kurteczka, czasem duże ociemniane okulary, czasem kalosze, jeśli akurat padało. T. zna już zasady rytuału, wyciąga do góry rączkę i tak wyruszają: tata i jego mała Królowa, na zwiedzanie podległego jej świata.

Idą od domu do domu, od gospodarstwa do gospodarstwa: ta ciocia ma kury, u tej oglądamy krowy, tutaj bywają szpaki, a pan S. pokaże nam kozę. Do niej zachodzą z przyzwyczajenia: kiedyś zawołała ich z okna, żywa, przejęta. Weszli na podwórko, zapukał w stare drzwi. 

– Jak dobrze, że pan jednak szedł. Bo listonosza dziś nie było, a ja bym potrzebowała, jeśli by pan mógł, no wie pan, je nie mam siły, a chodzi o to, że.

Zaplątana w słowa, wskazała wreszcie butelkę z wodą, stojącą pośrodku okrągłego stołu. Mój brat odkręcił ją, zastanawiając się, ile razy obserwowała ich zza firanki, kiedy tak spacerował z T., pokazując jej kolejne zwierzęta. Dziewczynka początkowo bała się tej dziwnej, chropowatej pani, ale dostała dwa cukierki i apetyt zwyciężył ze strachem. Odwiedziny gładko weszły do rytuału i tam już zostały.

Kiedy przychodzą, kobieta czasem prosi, aby wyjąć jej coś z najwyższej szafki, aby przenieść pełen garnek z miejsca na miejsce, najczęściej z niepewnym uśmiechem wskazuje butelkę, której nigdy nie ma siły odkręcić powykrzywianymi palcami.

W głęboko pobrużdżonej twarzy kryją się wszystkie odnogi jej przeszłości, te mniej i bardziej prawdziwe, zmieszane jak sąsiadujące kolory na płótnie, które malarz za bardzo rozcieńczył olejem. Sama nie potrafiłaby już powiedzieć, które wydarzenia były prawdziwe, czy bardziej kochała Romana czy Janka, czy była dobrą kobietą czy złą, i czy miała właściwie to życie czy też nie.

Od czasu tamtej pierwszej wizyty zawsze ma coś słodkiego, co wyciąga od razu, pospiesznie, jakby bała się, że bez tego przekupstwa przestaną przychodzić. W takim wieku towarzystwo zawsze ma swoją cenę, nawet jeśli wszyscy szlachetnie udają, że nie.

Zakupy raz w tygodniu robi jej sąsiadka, która kiedyś zapomniała kupić wafelków dla T. Kobieta aż drżała podczas wizyty, przepraszając co chwilę, zapewniając dziewczynkę:

– Następnym razem dostaniesz więcej, na zaś.

Wszystko, co dzieje się na świecie, dzieje się w telewizji. Wiadomości są równie fikcyjne jak filmy, które ogląda czasem wieczorem na Polsacie. Nic z nich nie przenika przez ściany jej domu. Słyszy o kolejnych wyborach, o kolejnych katastrofach, o romansach, wypadkach, wynalazkach, nagrodach, o skandalach, nowych rodzajach samochodów, o wielkich odkryciach i podróżach w kosmos. Słyszy o epidemii. O ludziach zamkniętych w domach jak ona. Zastanawia się, kiedy wyjdą – ona nie wyjdzie nigdy. Ten rok jest taki sam jak wcześniejszy i jak ten, co przyjdzie po nim. Stół przy oknie. Łóżko z coraz głębszym odciskiem jej ciała. Czajnik, którego gwizd rozpoznałaby wśród gwizdów innych czajników. Dwie osoby, które mogą odkręcić jej butelkę: listonosz i mój brat.

Jakub Małecki – autor bestsellerowych powieści „Dygot”, „Rdza”, „Nikt nie idzie”, „Horyzont”, wydanych nakładem wydawnictwa SQN. Nowa powieść pt „Saturnin” ukaże się jesienią . Zobacz FB Autora : https://www.facebook.com/profile.php?id=100015583530890 oraz na IG: @jakmalecki

#coronadiaries

Pandemic Journal/ By Thomas Swick

The timing of this virus is interesting: It’s during Lent, so in a way we’re all Catholics now, giving up things we love and becoming, presumably, more introspective. But it’s also at a time of the year when we want to be outside, especially here in Florida, where heat and humidity are just around the corner.  

Yesterday I started reading Curzio Malaparte’s Kaputt. More than the rejuvenated relevance of the title, I like the reminder that the world has been in far worse shape.

I used to think that, in times like these, readers had a distinct advantage. And we do. But one eventually gets tired of reading. The people with the true advantage are writers, for writing about a difficult situation is a way to get through it. (See Malaparte.) Who was the writer who wondered how non-writers were able to survive day to day? *

We have entered a strange time in which the most socially responsible thing you can do is keep to yourself. My envy of recluses at the moment is equal to my pity for hypochondriacs. 

But at least now, staying at home is not accompanied by FOMO.

An email from a PR person, wondering if I’m working on any “staying in” stories and if so, do I “feel Bonterra’s organically grown wines are a fit.” 

Any wine, or alcohol for that matter, would seem a good fit right now. A friend posted on Facebook a letter that F. Scott Fitzgerald wrote while quarantined in the South of France during the Spanish influenza in 1918. After being told that households should have a month’s worth of supplies, he and Zelda “stocked up on red wine, whiskey, rum, vermouth, absinthe, white wine, sherry, gin, and lord, if we need it, brandy.”

Drove downtown to pick up some takeout food. The main street looked like it was getting ready for a hurricane – the sidewalks mostly empty – and no one had bothered to shutter their shops. Back home we found a note from our neighbors, telling us they were heading off on their boat and asking if we could water their plants. Boaters may be in an even better position than writers. 

  Another dull, glorious weekend. Saturday we drove to the beach, curious to see it empty on a bright spring afternoon. Two cruise ships floated idly offshore, spotting the double-blue canvas with white. I took a picture of one of them as it smudged the sky with a plume of black smoke. 

This morning I got up early for senior shopping at Publix. Everyone in the produce section seemed to be wearing gloves, except me. Some people wore masks. There was a sad, subdued urgency in the air, different from a hurricane, when people of all ages jostle for supplies; now there’s a personal anxiety, an uneasy feeling of being targeted. The very fact that a special hour has been set aside for seniors highlights our vulnerability and, like ghettoization, creates a glum community. 

“BORING? NOT BEANS.” The headline in the Tropical Life section of today’s Miami Herald reminded me of the first issue of Zycie Warszawy that appeared in Poland after the imposition of martial law in 1981. It carried an article about oats, one of the few foods that was still in ample supply. The paper’s challenged food writer wrote about how they give us beautiful skin and hair as well as a regular stomach.  

My alma mater sent out a message that included a thought from St. Augustine: “Bad times, hard times, this is what people keep saying; but let us live well, and times shall be good. We are the times: Such as we are, such are the times.”

Today, Saturday, there is a strange stillness; it’s as if the world is taking a long nap. I am so desperate for outside contact that, yesterday, I scrolled through the People You May Know photos on Facebook and studied every face and bio. 

Covid-19 is omnipresent, even in the Herald. “Hockey equipment maker shifts to medical shields” reads a headline in today’s sports section.  On the obituary page, one of the death notices ends: “Due to the current global circumstances, the family is unable to host a formal service, and is asking Matthew’s community to honor his legacy through small acts of kindness.”

Trump is calling this a war; apparently he likes the idea of himself as a wartime president, which is strange, considering that he is proving an even worse wartime president than he was a regular president. 

But it has struck me that this is the closest I have come to living through a war, exceeding even my experience in Poland with martial law (stan wojenny or “state of war”). There, despite the presence of tanks in the streets, I didn’t feel personally threatened; I had my American passport, like a kind of immunization. After the opening of the borders, I was free to leave. Now I am as susceptible to injury (sickness) and death as anyone – with, clearly, nowhere to go. And it is this, more than all the martial terminology – casualties, frontlines, heroes – that creates a forbidding atmosphere despite the absence of soldiers and the deceptive quiet in the streets. True, I am safe at home; I don’t have to fear a knock at the door. But as soon as I step outside I enter enemy territory or, weirdly, I become the enemy. (It’s estimated that 25 percent of the people infected exhibit no symptoms.) Differentiating this lockdown from a city under siege, and dramatically raising the stakes, is the fact that whenever people go to the store they are putting either themselves at risk or – if they have the virus – their entire community. If you ventured outside during the Blitz you endangered only yourself. 

But, as a small blessing, come Easter I can eat chocolate again.     

_______________________________________________ 

*there have been many

Thomas Swick is a travel writer and journalist, author of „The Joys of Travel and Stories That Illuminate Them” https://www.goodreads.com/book/show/25986729-the-joys-of-travel

#opowiadaniewczasachzarazy

Zofiówka/Monika Powalisz

Ledwo ruszyliśmy w las żółtawą, posypaną tanim piachem wiejską drogą w kierunku Zofiówki, najechała nas para na koniach. Majestatyczni i odpowiednio zdystansowani, anonimowi jeźdźcy wstrzymali zwierzęta i spojrzeli na naszą trójkę z góry, po czym lekkim kłusem oddalili się w prawo. My odbiliśmy w lewo. Przez chwilę jechaliśmy jeszcze po wyraźnych śladach końskich kopyt odciśniętych w miękkim piasku, upojeni temperaturą dziwnie nie marcową, powiedzmy szczerze, temperaturą wręcz lipcową, która bezczelnie podkreślała apokaliptyczny charakter naszej wycieczki: skwar lał się z nieba i wkrótce zaczęliśmy się pocić. Malutka, Stary Ole i ja. 

Zanim wjechaliśmy na dobre w dzikie ostępy, ścigał nas jeszcze z oddali odgłos piły mechanicznej, która zawzięcie, mimo soboty, piłowała zapewne jakieś tłuste kłody. Może już na przyszły sezon, bo teraz wszystko było na przyszły sezon, nawet piłowanie. Rok 2020 mimo przywitanej niedawno wiosny już teraz wydawał się zamknięty do odwołania. 

Przeszło mi wtedy przez myśl: Ach, jaki zaradny musi być ten niewidoczny pilarz! Jaki gospodarny! Zapobiegliwy! Niczym moja matka, która odmraża kolejne porcje malin i jagód dla Malutkiej, okazując w ten sposób swą tryumfującą wyższość nad zamkniętym światem. 

Zaraz potem przyszła mi do głowy inna myśl, posępniejsza. A jeśli ten gospodarz rżnie piłą wcale nie drewno, ale na przykład swą znienawidzoną, martwą połowicę? Bezkarna fantazja zdążyła już w mojej głowie wykreować obraz z kilku niedobrych filmów, które zapadły mi w pamięć, ale niestety krwawe obrazy trzeba było czym prędzej odpędzić, bo zaraz na pierwszej leśnej krzyżówce napotkaliśmy dwie kolejne osoby. Wszystko wskazywało na to, że było to zgromadzenie matki i córki. Matka biegła przodem, w samych szortach i bluzie, za nią jechała na rowerze córka. Leśna ścieżyna była wąziuteńka, zasłana zeszłorocznymi, zgniłymi liśćmi. Z trudem minęliśmy się na niej wszyscy zachowując uświęcony, socjalny dystans: Malutka, Stary Ole i ja. 

Promienie słońca przeświecały pięknie pomiędzy konarami mijanych przez nas drzew, a wokół nas pląsały całe zastępy latolistków cytrynków, które – świeżo wybudzone z martwych liści -ruszyły po wiosnę razem z nami.

Malutka parła do przodu. I znów ledwo wyjechaliśmy na przejrzystą, ubitą, szeroką leśną drogę, pędem nadjechał z naprzeciwka zakapturzony, samotnie przemierzający leśne ostępy, wielki samiec alfa, na swoim wielkim, czarnym rowerze. Szczelnie okryta czarnym kapturem dresowej bluzy twarz ledwo wystawała na świat, ale droga kropelkowa bynajmniej nie została zabezpieczona. Zdyszany i poczerwieniały mężczyzna zostawił za sobą tuman kurzu.  Malutka kaszlnęła, a Stary Ole zarządził odbicie w daglezje. 

Piękna, daglezjowa aleja zachowała się jakimś  cudem, wciśnięta pomiędzy dwa nowe szlabany. Zsiedliśmy z rowerów wszyscy: Malutka, Stary Ole i ja, i weszliśmy pomiędzy prastare drzewa. Te po lewej były jakby dostojniejsze i silniejsze. Stary Ole chciał objąć ramionami dwie daglezje jednocześnie, ale drzewa nie dały się. Za grube, za stare. Zadzieraliśmy w górę głowy. Cmokaliśmy z podziwu. Stary Ole mruczał: piękne, piękne, jakby patrzył na postawne kobiety. 

Kto je tu posadził? Kiedy? Dlaczego? Strzeliste jedlice uparcie milczały. Malutka pomstowała. 

„Daleko jeszcze do tej Zofiówki?”

„Daleko?

„Daleko jeszcze do tej Zofiówki?”

Ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy przez chwilę w zamyśleniu ciesząc się leniwymi podmuchami rozpędzonego zefira. Wreszcie sami! Malutka, Stary Ole i ja. Droga wiła się niesfornie przed nami, prawie niewidoczna wśród sosen i dębów. Malutka stwierdziła z przekonaniem, że już kiedyś tą drogą jechała. Upierała się przy tym dostojnie pedałując. Krzyczała na całe gardło, nie dając się wyprzedzić: 

„A ja znam tę drogę, a ja znam tę drogę, a ja znam tę drogę, ja znam tę drogę!” 

Ale to ja znałam tę drogę! Teraz przypominam sobie wyraźnie pewną rowerową eskapadę sprzed dwóch dekad. Marysia też wtedy jechała dość szybko, przodem i nie zauważyła, że w letnim półcieniu, pod smukłym bukiem, a może zwykłym świerkiem albo sosną, stał w samym prochowcu ekshibicjonista. W pędzie nie można było dostrzec szczegółów, i dziś, po latach, także nie pamiętam nic z jego poblakłego, męskiego przyrodzenia. Przeszłość domagała się teraz ode mnie dalszych szczegółów, żeby nasycić to wspomnienie kolorami, ale w tym momencie i na tej odległej, wcale nie uczęszczanej, krętej, niedostępnej ścieżce, wyrosła nagle przed nami para ludzi. Szli niechybnie od strony Zofiówki. Wyglądali na zagubionych w czasie: bez przeciwsłonecznych okularów, bez kijów po bokach, bez truchtania, bez sportowej odzieży, bez telefonów, drona, wózka z dzieckiem, plecaków i odblaskowych opasek. Wyglądali jak ludzie, którzy po prostu lubią chodzić po lesie i nic tym chodzeniem nie muszą udowadniać. Mimo to, wydało nam się trochę dziwne spotkać ich w tym miejscu, o tej porze, tego dnia i w tej sytuacji. Może wpadli na ten sam pomysł, co Malutka, Stary Ole i ja? 

Wreszcie zza drzew zaczęły połyskiwać czerwone, blaszane dachy zabudowań. Wjechaliśmy na drogę pełną wądołów, dziur, jeszcze trochę leśną, ale już letniskową. Tuż za zieloną tablicą z napisem „Zofiówka” ukazał się cel naszej podróży. Sklep na dzwonek! Przez płot dostrzegliśmy gospodarza: Malutka, Stary Ole i ja.

 W tym momencie przed naszymi oczami przesunęły się liczne gatunki piw, które za chwile wypijemy dla ochłody: Stary Ole i ja. Malutka, rozmarzona, pochłaniała w myślach lodowe rożki, twistery i kaktusy, za które Stary Ole miał zapłacić według jej własnych słów „kartą kretynową”. Niestety wszystko na próżno! Nasze wizje strudzonych podróżą hedonistów okazały się klasycznymi mrzonkami czasów zarazy. 

Sklep był zamknięty. Poczuliśmy w tym momencie, Stary Ole, Malutka i ja, że odebrano nam całą radość z tej podróży. Z tej niewinnej eskapady, krótkiej wycieczki po zasłużoną przyjemność. Cóż mogliśmy zrobić? 

Zawróciliśmy strapieni. Jeśli nie działa nasz sklep na dzwonek, to co działa? Malutka jeszcze długo wyglądała tak, jakby za chwilę miała wybuchnąć głośnym płaczem, ale zamiast zapłakać pomknęła do przodu, ze złością naciskając pedały. Jedynie plastikowe, kolorowe wstążki przytwierdzone do uchwytów jej roweru, zapewne sprowadzone z Chin, wesoło podrygiwały na wietrze wszystkimi kolorami tęczy.  

Wracaliśmy wolno, zasmuceni, głównymi leśnymi drogami: Stary Ole i ja. Ludność miejska nagle zaczęła się wlewać do lasu nieprzerwaną falą. Jeszcze próbowali utrzymywać między sobą, że wszystko jest w najlepszym porządku. Kroczyli dostojnie parami, trójkami, czwórkami, a nawet piątkami. Wciąż stadnie, wesoło, sprężyście, dziarsko, zapomniawszy o zaleceniach, które najwidoczniej w sobotę nie obowiązywały. 

Zanim skręciliśmy do domu, na leśnej drodze znalazłam dziwnie pomięty, wełniany szalik w szkocką kratę, rozjechany kilka razy przez przemierzające las samochody, których nikt już nie kontrolował. Odruchowo go podniosłam. A co, jeśli był zarażony?

Monika Powalisz, scenarzystka, autorka powieści „Ósme ciało”. FB: https://www.facebook.com/Monika-Powalisz-pisarka-1732683260174610/

IG: @superpaperqueen