#zostajewdomuczytam

PRACA ZDALNA/ Piotr Rogoża

Tylko w labiryncie arkusza kalkulacyjnego czuję się bezpiecznie. 

Ktoś inny pewnie zgłupiałby patrząc na skomplikowane tabele, spuścił głowę i przyznał, że trafił w niewłaściwą okolicę. Nie ja: Excel to mój habitat. 

Kolumna po kolumnie, wiersz po wierszu, odnajduję właściwe komórki i wpisuję w nie zera, a pola podświetlają się na czerwono. Zero, zero, zero. Czerwono jak na pochodzie pierwszomajowym. Trudno, nie wolno mi zakłamywać rzeczywistości. Jeszcze przyjdą czasy, gdy arkusze się zazielenią, a linie wykresów wystrzelą ku niebu. 

Który to już dzień, gdy pracuję zdalnie? Dwudziesty ósmy czy dziewiąty, a może i więcej? Tęskno mi za biurem, brakuje przestrzeni open space’u, brakuje szumu drukarek. Jestem rybą z otwartego akwenu, nagle zamkniętą w ciasnym akwarium. Ale nie narzekam. Wszyscy musimy ponieść ofiary, poświęcić trochę wolności, a ja i tak jestem uprzywilejowany: wciąż mogę pracować. A przecież tam dom twój, gdzie arkusze twoje. Jeszcze wrócę do mojego coffee pointu, jeszcze posiedzę w chillout roomie. Widzę je, gdy zamykam oczy. 

Jeszcze wszyscy wrócimy na swoje miejsce. 

*

W mieszkaniu panuje półmrok, okna w końcu zasłoniłem całkiem, bo jakbym nie próbował siadać, raziło mnie słońce. Na zewnątrz i tak nie ma na czym oka zawiesić, żadna strata: szare osiedle zastygło w stop-klatce. Wszyscy odpowiedzialnie zostali w domach, schowani jak dzieci pod kołdrą, z nadzieją, że zaraza przetoczy się nad nami jak najszybciej, u nikogo nie zagości na dłużej, nikogo nie zabierze ze sobą. 

Na samym początku, bodajże drugiego dnia – wtedy jeszcze wstawałem co jakiś czas od biurka – zobaczyłem karetkę pogotowia parkującą pod blokiem naprzeciwko. Potem już nie wyglądałem przez okno. Newsy na portalach też przestałem czytać, bo rozpraszały, odrywały od pracy, a nie lubię, jak mi się przeszkadza. Teraz już żadnych newsów nie przeczytam, choćbym chciał: nic się nie ładuje, przeciążona sieć padła i leży. Może jestem gościem od Excela, nie znam się na sieciach, ale jak dla mnie to jasny sygnał, żeby jeszcze nie wychodzić z domu. Gdy naprawią net, będzie wiadomo, że wszystko zaczyna wracać do normy. 

To oczywiste: któregoś poranka wirus odejdzie, światłowodami popłyną bity, fale wi-fi przenikną przez ściany, a ja przeczytam na Slacku wiadomość: „Biuro działa, zapraszamy!”.

O niczym innym nie marzę.

*

Płyną dni, wpisuję zera. Noce i dnie zlewają się w szarą breję.

Ktoś puka do drzwi, ale nawet nie wstaję. Nie przypominam sobie, żebym zamawiał kuriera. Z sąsiadami nie utrzymuję relacji, nie znam tu nikogo, od nikogo nie potrzebuję pomocy, nikt nie zwróciłby się po pomoc akurat do mnie. Może jakieś bandy wyszły na osiedle, chodzą po domach, rabują ludziom puszki i papier toaletowy? 

Może chcą mi zabrać moje zera?

Puszki jeszcze mam, całą szafę pełną puszek, do wyboru, do koloru, fasolka po bretońsku, tuńczyk, pomidory. Wieżę mógłbym z tych puszek zbudować. Ale, ale: przestałem jeść. Sam nie wiem, kiedy, chyba też na początku, ósmego albo dziewiątego dnia, pewnie ze stresu, a potem się jakoś przyzwyczaiłem. Naprawdę, w ogóle nie czuję głodu. Dzięki temu przestałem też zużywać papier toaletowy, po prostu same pozytywy. Przetrwam w mieszkaniu tyle, ile będzie trzeba. Firma też przetrwa, nie martwię się o firmę. 

Jeśli się martwię, to o mamę. Grupa podwyższonego ryzyka, wiadomo. Próbowałem do niej dzwonić, ale sieć komórkowa też nie działa, padła razem z netem. Nawet przeszło mi przez głowę, że może zapomniałem zapłacić, ale przecież mam ustawione zlecenie, zresztą operator przypomniałby mi o zaległości. 

Nieważne. Wpisuję zera, nieskończone ciągi zer.

*

Łomot do drzwi, aż się wszystko trzęsie.

Odrywam się od ekranu, wstaję. Jakaś poważna sprawa. Kto wie, może weszła w życie nowa kryzysowa ustawa i służby sprawdzają, czy na pewno karnie siedzimy w domach? Trzeba współpracować, państwo to przecież jak wielka firma, musimy razem realizować cele.

Czuję się lekki i wiotki. Z trudem sunę do przedpokoju, trwa to całe wieki, a łomot nasila się, aż w końcu słyszę trzask wyłamywanych drzwi. Krzyczę, ale nie słyszę własnego głosu.

– Jezu

Wchodzą jak do siebie, dwóch policjantów w białych maskach na twarzy, młode, postawne byczki. Staję im naprzeciw.

– No pięknie – mówi niższy. – Mieli rację, skubani. Mieli rację. 

Wyższy, ale najwyraźniej młodszy stopniem, mruczy coś niewyraźnie i poprawia maskę na twarzy. Niższy zagląda do pokoju, staje przy biurku. Kręci głową. 

– Młody facet – mruczy. – No przejebane, żeby tak przy biurku. Pakujemy go, tylko ostrożnie.

Dopiero teraz dostrzegam kształt, dziwny, niemożliwy, zupełnie abstrakcyjny: jakby manekin spadł z krzesła i zastygł na podłodze. Wyższy policjant rozwija wór z czarnej folii, we dwóch z wysiłkiem wkładają kształt do środka. 

– Myślisz, że wirus? – sapie wysoki.

– Cholera wie – odpowiada mu przełożony. – Nikt już tego nie sprawdzi. Ze dwa tygodnie musiał tu leżeć. Wypadałoby, że pieprznął w kalendarz akurat na sam koniec kwarantanny. 

– No pech.

– Dobra, bierzemy go. Tylko weź uważaj, żeby nie było jak wtedy na Chłodnej.

Powoli wychodzą z mieszkania; nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Przyglądam się wyłamanym zawiasom drzwi. Do kogo się z tym zgłosić? Ktoś teraz w ogóle przyjedzie, żeby naprawić? 

Na szczęście nie ruszyli komputera, a to najważniejsze: mogę dalej pracować. Wracam do biurka, nie czując własnych nóg. Chyba jestem mocno osłabiony, bo brnę przez powietrze jak przez kisiel. Siadam na krześle, wbijam wzrok w martwy, matowy ekran i wracam do wpisywania zer. 

Piotr Rogoża, autor thrillera „Niszcz, powiedziała” (2019) oraz powieści „Konwersja”, która ukaże się w 2020 nakładem wydawnictwa Marginesy https://marginesy.com.pl/sklep/produkt/133239/niszcz-powiedziala?idcat=0

Autor na FB: https://www.facebook.com/piotrek.rogoza; IG:@piotrek_rogoza; @warszawahardkor