Kategoria: Aktualności

#czytamwczasachzarazy

Urlop w czasie zarazy/Ahsan Ridha Hassan

Chodzę od ściany do ściany od balkonu do drzwi. Czas kwarantanny, jakby urlop. Jakby Egipt. Chodzę i sprawdzam stan posiadania.

Zapas papieru toaletowego, szesnaście tłustych rolek, mógłbym zmumifikować ród faraonów. Albo chociaż sąsiadów zza ściany. Wraz z kotem. Piramida żywności w kuchni: pomidory w puszcze u fundamentu, bloki z tofu scalone zaprawą z makaronu bezjajecznego i brązowego ryżu wypełniają przestrzeń zasadniczą, na czubku drożdże do pieczenia chleba. W lodówce ciemno, grobowcowy mrok, tyle jedzenia, światło nie ma przestrzeni do jarzenia. Obok lodówki Nili-litry piwa, wina i środka dezynfekującego. Moje, tylko moje. 

Za oknami krąży klątwa na błoniastych skrzydłach nietoperza. Spływa ta klątwa z błon na błony ciała, do komórek wchodzi. Smaży płuca. Nie pozwolę, żeby klątwa wniknęła do mojej przestrzeni. Spędzam tu czas kwarantanny. Izolacji. W zasadzie, nie mam pewności, ile trwa już izolacja. Pół tygodnia? Pół życia? Długo. Dłużej. Niby staruch zaciskający mocno ostatni dzień egzystencji, jestem uczepiony tych ścian, tego papieru. Tego czasu. Moje, tylko moje.      

Czas. Nie potrafię myśleć o czasie inaczej, niż poza znanymi dobrze współrzędnymi: ściana do ściany, balkon do drzwi. Tu się rozciąga. Nigdzie indziej. Jest teraz, tą sytuacją. Czas przeszły to dla mnie blade widmo. Przyszłość zaklęta w wiecznym poronieniu. Nigdy się nie narodzi. To, co pewne, to mój czas izolacji. Mój papier. Moje zapasy. Moje, tylko moje.

Nieraz za ścianą słychać skrobanie. To chyba sąsiedzi. Inni izolowani, których nie miałem okazji poznać. Obecność obwieszczają wyłącznie drapaniem za tapetą. Zamknięci ze swoimi zapasami. Ich, tylko ich.  

Rozmyślam ostatnio nad urlopem od życia. Nad śmiercią. Dostojewski pisał, że co, jeżeli po drugiej stronie nie czeka nas nic innego, jak wieczne zamknięcie w klitce pełnej pająków. Niektórych może przerażać ta wizja. Mnie nie. Czuję się w niej nawet zadomowiony. Nie mogę powiedzieć, że nie obawiam się śmierci. Wręcz przeciwnie. Najbardziej boję się wizji egipskiej. Anubis, który waży serce umarłego. Jeśli serce jest lekkie, przechodzisz dalej. Za ciężkie trafia na pożarcie potwora. Słabo mi na myśl o wyrwanym z piersi sercu. Moim, tylko moim.

Ahsan Ridha Hassan, polski pisarz o irackich korzeniach, autor powieści „Zabobon” https://marginesy.com.pl/sklep/produkt/133270/zabobon?idcat=0

Obserwuj Autora na FB: https://www.facebook.com/AhsanRidhaHassan i IG: @ahsanridhahassan

#zostajewdomuczytam

PRACA ZDALNA/ Piotr Rogoża

Tylko w labiryncie arkusza kalkulacyjnego czuję się bezpiecznie. 

Ktoś inny pewnie zgłupiałby patrząc na skomplikowane tabele, spuścił głowę i przyznał, że trafił w niewłaściwą okolicę. Nie ja: Excel to mój habitat. 

Kolumna po kolumnie, wiersz po wierszu, odnajduję właściwe komórki i wpisuję w nie zera, a pola podświetlają się na czerwono. Zero, zero, zero. Czerwono jak na pochodzie pierwszomajowym. Trudno, nie wolno mi zakłamywać rzeczywistości. Jeszcze przyjdą czasy, gdy arkusze się zazielenią, a linie wykresów wystrzelą ku niebu. 

Który to już dzień, gdy pracuję zdalnie? Dwudziesty ósmy czy dziewiąty, a może i więcej? Tęskno mi za biurem, brakuje przestrzeni open space’u, brakuje szumu drukarek. Jestem rybą z otwartego akwenu, nagle zamkniętą w ciasnym akwarium. Ale nie narzekam. Wszyscy musimy ponieść ofiary, poświęcić trochę wolności, a ja i tak jestem uprzywilejowany: wciąż mogę pracować. A przecież tam dom twój, gdzie arkusze twoje. Jeszcze wrócę do mojego coffee pointu, jeszcze posiedzę w chillout roomie. Widzę je, gdy zamykam oczy. 

Jeszcze wszyscy wrócimy na swoje miejsce. 

*

W mieszkaniu panuje półmrok, okna w końcu zasłoniłem całkiem, bo jakbym nie próbował siadać, raziło mnie słońce. Na zewnątrz i tak nie ma na czym oka zawiesić, żadna strata: szare osiedle zastygło w stop-klatce. Wszyscy odpowiedzialnie zostali w domach, schowani jak dzieci pod kołdrą, z nadzieją, że zaraza przetoczy się nad nami jak najszybciej, u nikogo nie zagości na dłużej, nikogo nie zabierze ze sobą. 

Na samym początku, bodajże drugiego dnia – wtedy jeszcze wstawałem co jakiś czas od biurka – zobaczyłem karetkę pogotowia parkującą pod blokiem naprzeciwko. Potem już nie wyglądałem przez okno. Newsy na portalach też przestałem czytać, bo rozpraszały, odrywały od pracy, a nie lubię, jak mi się przeszkadza. Teraz już żadnych newsów nie przeczytam, choćbym chciał: nic się nie ładuje, przeciążona sieć padła i leży. Może jestem gościem od Excela, nie znam się na sieciach, ale jak dla mnie to jasny sygnał, żeby jeszcze nie wychodzić z domu. Gdy naprawią net, będzie wiadomo, że wszystko zaczyna wracać do normy. 

To oczywiste: któregoś poranka wirus odejdzie, światłowodami popłyną bity, fale wi-fi przenikną przez ściany, a ja przeczytam na Slacku wiadomość: „Biuro działa, zapraszamy!”.

O niczym innym nie marzę.

*

Płyną dni, wpisuję zera. Noce i dnie zlewają się w szarą breję.

Ktoś puka do drzwi, ale nawet nie wstaję. Nie przypominam sobie, żebym zamawiał kuriera. Z sąsiadami nie utrzymuję relacji, nie znam tu nikogo, od nikogo nie potrzebuję pomocy, nikt nie zwróciłby się po pomoc akurat do mnie. Może jakieś bandy wyszły na osiedle, chodzą po domach, rabują ludziom puszki i papier toaletowy? 

Może chcą mi zabrać moje zera?

Puszki jeszcze mam, całą szafę pełną puszek, do wyboru, do koloru, fasolka po bretońsku, tuńczyk, pomidory. Wieżę mógłbym z tych puszek zbudować. Ale, ale: przestałem jeść. Sam nie wiem, kiedy, chyba też na początku, ósmego albo dziewiątego dnia, pewnie ze stresu, a potem się jakoś przyzwyczaiłem. Naprawdę, w ogóle nie czuję głodu. Dzięki temu przestałem też zużywać papier toaletowy, po prostu same pozytywy. Przetrwam w mieszkaniu tyle, ile będzie trzeba. Firma też przetrwa, nie martwię się o firmę. 

Jeśli się martwię, to o mamę. Grupa podwyższonego ryzyka, wiadomo. Próbowałem do niej dzwonić, ale sieć komórkowa też nie działa, padła razem z netem. Nawet przeszło mi przez głowę, że może zapomniałem zapłacić, ale przecież mam ustawione zlecenie, zresztą operator przypomniałby mi o zaległości. 

Nieważne. Wpisuję zera, nieskończone ciągi zer.

*

Łomot do drzwi, aż się wszystko trzęsie.

Odrywam się od ekranu, wstaję. Jakaś poważna sprawa. Kto wie, może weszła w życie nowa kryzysowa ustawa i służby sprawdzają, czy na pewno karnie siedzimy w domach? Trzeba współpracować, państwo to przecież jak wielka firma, musimy razem realizować cele.

Czuję się lekki i wiotki. Z trudem sunę do przedpokoju, trwa to całe wieki, a łomot nasila się, aż w końcu słyszę trzask wyłamywanych drzwi. Krzyczę, ale nie słyszę własnego głosu.

– Jezu

Wchodzą jak do siebie, dwóch policjantów w białych maskach na twarzy, młode, postawne byczki. Staję im naprzeciw.

– No pięknie – mówi niższy. – Mieli rację, skubani. Mieli rację. 

Wyższy, ale najwyraźniej młodszy stopniem, mruczy coś niewyraźnie i poprawia maskę na twarzy. Niższy zagląda do pokoju, staje przy biurku. Kręci głową. 

– Młody facet – mruczy. – No przejebane, żeby tak przy biurku. Pakujemy go, tylko ostrożnie.

Dopiero teraz dostrzegam kształt, dziwny, niemożliwy, zupełnie abstrakcyjny: jakby manekin spadł z krzesła i zastygł na podłodze. Wyższy policjant rozwija wór z czarnej folii, we dwóch z wysiłkiem wkładają kształt do środka. 

– Myślisz, że wirus? – sapie wysoki.

– Cholera wie – odpowiada mu przełożony. – Nikt już tego nie sprawdzi. Ze dwa tygodnie musiał tu leżeć. Wypadałoby, że pieprznął w kalendarz akurat na sam koniec kwarantanny. 

– No pech.

– Dobra, bierzemy go. Tylko weź uważaj, żeby nie było jak wtedy na Chłodnej.

Powoli wychodzą z mieszkania; nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Przyglądam się wyłamanym zawiasom drzwi. Do kogo się z tym zgłosić? Ktoś teraz w ogóle przyjedzie, żeby naprawić? 

Na szczęście nie ruszyli komputera, a to najważniejsze: mogę dalej pracować. Wracam do biurka, nie czując własnych nóg. Chyba jestem mocno osłabiony, bo brnę przez powietrze jak przez kisiel. Siadam na krześle, wbijam wzrok w martwy, matowy ekran i wracam do wpisywania zer. 

Piotr Rogoża, autor thrillera „Niszcz, powiedziała” (2019) oraz powieści „Konwersja”, która ukaże się w 2020 nakładem wydawnictwa Marginesy https://marginesy.com.pl/sklep/produkt/133239/niszcz-powiedziala?idcat=0

Autor na FB: https://www.facebook.com/piotrek.rogoza; IG:@piotrek_rogoza; @warszawahardkor


#siedźwdomuczytaj

Wiremia/Klaudiusz Szymańczak

Pociąg drugiej linii nowojorskiego metra ruszył powoli z peronu stacji Columbus Circle, dużo mniej zatłoczonego niż zazwyczaj. Dochodziła 20.30, nieliczni pasażerowie zachowywali spokój, jednak w większości nie wpatrywali się w ekrany swoich smartfonów co było obecnie czymś powszechnym. Zza chirurgicznych maseczek, szalików i apaszek, którymi mieli zasłonięte twarze oczy każdego z nich spoglądały na coś innego w wagonie, tak aby jednocześnie unikać swojego wzroku nawzajem ale i widzieć jak najwięcej się da. Agent Slade poprawił obluzowaną maseczkę i usiadł na jednej z wolnych ławek ponad dwa metry od kolejnej pasażerki. Niepozorny wirus, o którym większość ludzi w Europie i USA mówiła z uśmieszkiem, że „trochę przerzedzi Chińczyków” przerzedzał już ludność całego świata i zmieniał jej codzienne nawyki.

Slade przyglądał się dyskretnie ludziom w wagonie i nie mógł się pozbyć wrażenia, że jedzie pociągiem uprowadzonym dawno temu na dzikim zachodzie przez grupę zamaskowanych zbirów. Chwilę później za oknami wagonu zniknęła czerń tunelu zastąpiona przez blady blask lamp na peronie. Pasażerowie siedzący po tej samej stronie co agent Slade wstali z siedzisk i zaczęli wpatrywać się w dziewczynkę stojącą samotnie na peronie stacji znajdującej się przy pięćdziesiątej ulicy. Dziecko miało co najwyżej trzy lata i było szczelnie opatulone w kurtkę, szalik i wielką czapkę z pomponem. Stało zdezorientowane na pustym peronie z maseczką chirurgiczną zasłaniającej niemal całą twarz. Drzwi wagonu otworzyły się jednak nikt nie wysiał. Cisza jaka panowała teraz na stacji i w pociągu była czymś zupełnie niespotykanym w nowojorskim metrze. Z drugiego końca peronu zaczęło dobiegać echo kroków pracownika metra. Tęgi, obwieszony ekwipunkiem i odziany w strój roboczy mężczyzna zbliżył się do małej, ale nie bliżej niż na odległość pięciu metrów.

– Co jest grane Peter?! – Maszynista odsunął okno kabiny i zawołał do kolegi na peronie.

– Nie wiem stary, ale przed chwilą wszyscy uciekli z peronu. – Robotnik z metra odpowiedział spokojnie przyglądając się dziecku i kartce którą miało na szyi. – Proszę zaopiekujcie się moją córką, ja mam tego wirusa, a nie mam żadnego ubezpieczenia i pracy. Nie wiem co mam zrobić, żeby jej pomóc. Nie chcę jej skrzywdzić. – Mężczyzna odczytał powoli i głośno notatkę.

– Człowieku na co my czekamy?! Ktoś wsiada? Wysiada? – Młody podenerwowany Azjata zawołał do maszynisty wychylając się przez drzwi. – Jej matka jest chora. Nie mogła się nią zająć, zostawiła ją w publicznym miejscu bo wie, że ktoś się dzieciakiem zajmie. Potem do niej zadzwonicie i po sprawie. Jedźmy do cholery zanim wszyscy będziemy chorzy. – Mężczyzna rozejrzał się po wagonie szukając sojuszników.

Kilka osób skinęło głowami dając do zrozumienia, że nie ma ochoty na samarytańskie zachowania. Obecność pracownika metra na peronie zwalniała ich całkowicie z poczucia odpowiedzialności. Samotna, być może chora, dziewczynka na peronie była teraz zmartwieniem administracji metra, nie ich. Slade wstał z siedzenia i podszedł do jednych z otwartych drzwi wagonu. Wyjął z marynarki legitymację służbową i przedstawił się głośno.

– Agent specjalny John Slade, FBI. – Jakie procedury was obowiązują w takiej sytuacji? – Zwrócił się do maszynisty i pracownika metra na pustym peronie.

– Musimy poinformować przełożonych o tym że na stacji mogło dojść do skażenia. Wstrzymać ruch pociągów i wezwać służby które zdezynfekują wagony i peron. – Człowiek na peronie wyrecytował procedurę bez zawahania.

– No to nie ma na co czekać. – Slade odparł.

– Już to zrobiłem. – Maszynista zawołał z kabiny.

– Kurwa czy wyście poszaleli?! – Azjata nie wytrzymał. – Przecież utkniemy tu na kilka godzin. Ta mała stoi jakieś dziesięć metrów od pociągu i nie wiadomo nawet czy jest naprawdę chora! Może ktoś sobie zrobił głupi kawał. Jeżeli któreś z nas jest zakażone to siedząc tu razem w zamknięciu stanowimy dla siebie większe zagrożenie niż ona! – Wskazał palcem na dziecko. Pan jest agentem FBI to panu płacą za bycie bohaterem tak jak im płacą za porządek w metrze. Jak pan chce niech pan wysiada i się tym zajmie, a my jedźmy stąd jak najdalej.

Wrzaski mężczyzny rezonowały raz po raz na opustoszałej stacji. Milczący dotychczas pasażerowie zaczęli komentować sytuację półgłosem i zdawali się podzielać pogląd krzykacza.

– Posłuchajcie mnie. – Azjata zmienił ton na spokojniejszy. – Jestem studentem medycyny. Jeszcze nie jestem lekarzem, ale jeśli nikt z was też nie jest to ja jestem najbardziej kompetentny do oceny ryzyka tej sytuacji. Jeśli nikt z nas nie jest chory, a ta mała jest zakażona to jeśli ten pociąg zaraz odjedzie my pozostaniemy zdrowi, a jej zostanie udzielona pomoc. Jeśli tu zostaniemy to zanim służby tu dotrą i skończą robotę to wszyscy możemy być chorzy. – Argumentował rozsądniej niż dotychczas.

Starsza biała kobieta z twarzą owiniętą apaszką podeszła do agenta Slade ‘a i spytała szeptem.

– Ten młody człowiek ma chyba rację. Może lepiej byłoby jak stąd odjedziemy.

– Maszynista już uruchomił procedurę. Nie możemy odjechać proszę pani. – Slade odparł spokojnie nie patrząc na kobietę.

Dwóch nastolatków, jeden czarny, a drugi biały, rozmawiało teraz ze zdenerwowanym studentem medycyny, któremu powoli udawało się zgromadzić wokół siebie stronników. W wagonie było w sumie sześć osób. W rogu siedział samotnie około trzydziestoletni mężczyzna, którego strój i powierzchowność sugerowały, że był osobą transseksualną. Sprawiał wrażenie jakby nie chciał mieć nic wspólnego z całym zamieszaniem.

– Proszę państwa musimy zachować spokój. Proszę usiąść i pozwolić działać służbom. – Slade zwrócił się głośno do wszystkich. – Nie ma tu nic do roboty ani dla agenta FBI, ani dla lekarza, czy studenta medycyny… – Agent spojrzał wymownie na Azjatę i usiadł licząc, że pozostali zrobią to samo.

Staruszka westchnęła głośno i usiadła na krawędzi ławki w wagonie, w którym zapadło milczenie. Jedyne co dało się usłyszeć to buczenie urządzeń elektrycznych w wagonie i na stacji.

– Biedna mała. Jest przerażona. – Staruszka jako pierwsza zainteresowała się bliżej losem pozostawionego na stacji dziecka. 

Dziewczynka jakby wyczuła zainteresowanie kobiety i zaczęła cicho płakać. W tej samej chwili stojący wciąż nieopodal robotnik poprawił maskę chirurgiczną na twarzy i zrobił powoli krok w stronę kwilącego dziecka.

– Proszę się cofnąć! – Agent Slade zerwał się z siedzenia, krzyknął i wyszedł z pociągu, kilka kroków na peron. – Powtarzam, proszę się natychmiast cofnąć!

– Biedne dziecko… – Staruszka załkała głośno.

– Mówiłem kurwa żeby jechać! – Student znowu zaczął krzyczeć po czym niespodziewanie wyciągnął zza pleców broń i wycelował w czarnoskórego nastolatka. – Jeśli pociąg zaraz nie ruszy rozwalę mu łeb! A pan agent specjalny niech zostanie tam gdzie jest i nawet nie myśli o tym żeby sięgać po broń. 

Krzyk napastnika umilkł i został zastąpiony głośnym płaczem dziecka. Slade stał na peronie przed wejściem do wagonu i spoglądał na przemian na robotnika na peronie, maszynistę wychylającego się przez okno i rozwścieczonego mężczyznę z pistoletem wycelowanym w głowę nastolatka. Agent pokiwał dyskretnie głową na boki dając do zrozumienia maszyniście żeby nie odjeżdżał. Obserwując wszystkich zgromadzonych na stacji pomyślał, że bierze udział w scenie jak z westernu, gdzie zamaskowani rewolwerowcy chcą ostatecznie rozstrzygnąć kto ma rację. 

– Co to jest wiremia? – Agent próbował wciągnąć napastnika w rozmowę i z podniesionymi rękami wrócił powoli do wagonu. 

– Co?! Odjeżdżaj stąd albo rozwalę mu łeb! – Mężczyzna wrzeszczał i zaczął walić nogą w metalowe drzwi oddzielające przedział od kabiny maszynisty.

Slade, ku przerażeniu współpasażerów, wyciągnął spokojnie broń z kabury i wycelował w pierś napastnika. Jednoczesny wrzask pasażerów zalał wagon podczas gdy dwaj mężczyźni stali naprzeciwko siebie z pistoletami w dłoniach.

– Nigdy w życiu nie używałeś broni palnej i nie studiowałeś medycyny. – Agent wyszeptał kiedy krzyki umilkły. – Nikomu nie zrobisz krzywdy tym pistoletem. Chyba, że rzucisz nim w czyjąś głowę. Jak masz na imię?! – Slade spytał głośno i zdecydowanie unosząc służbowego glocka na wysokość głowy desperata. 

– Wang… – Mężczyzna wycedził wystraszony trzymając w drżącej dłoni coraz bardziej ciążący mu pistolet. Zabierzcie mnie stąd natychmiast! – Ponowił wezwanie i załomotał po raz kolejny w drzwi maszynisty.

– Posłuchaj Wang, obaj dobrze wiemy, że to nie jest prawdziwy pistolet tylko replika. Całkiem niezła, ale replika. Znam się na tym. Odłóż to i …

Slade przerwał słysząc jak dziewczynka na peronie zaczyna głośno płakać. Maseczka, którą miała na twarzy zsunęła się jej na usta odsłaniając azjatyckie rysy twarzy. Dziecko płakało głośno przyglądając się temu co działo się w wagonie kilka metrów dalej. 

– Ty nie boisz się o siebie… – Slade kontynuował spokojnie. – Mała zna angielski? – Nie… – Napastnik rozpłakał się i osunął na podłogę po drzwiach do kabiny maszynisty. – Nie mieliśmy kiedy jej nauczyć…Ciągle pracowaliśmy… Zna chiński…Błagam włączcie jej na YouTube taką chińską kołysankę o dwóch tygrysach. To ją zawsze uspokaja…Nie mogę słuchać jej płaczu! Błagam Was… – Wang cedził słowa płacząc.

Slade wyjął z kieszeni smartfon i po chwili łapania zasięgu wyszukał kołysankę. Łagodne dźwięki uspokoiły atmosferę w wagonie i na peronie. Dziewczynka przestała płakać.

– To twoja córka, prawda Wang? – Agent kontynuował dziwaczne przesłuchanie.

– Tak…Przyjechaliśmy tu z Chin rok temu…Moja żona, jej matka – zrozpaczony wskazał palcem na dziecko – Jest ciężko chora, ale nie z powodu koronawirusa. Pół roku temu okazało się, że ma wadę serca, nie może pracować… a ja dwa tygodnie temu złapałem, ale mnie wyleczyli…spójrzcie! – Wang odłożył pistolet i wyjął powoli z kieszeni portfel z wynikami badań. – Jestem zdrowy, ale nikt nie chce mi dać żadnej pracy. Przyjechaliśmy do Nowego Jorku z New Jersey. Myślałem, że tutaj coś znajdę, ale do Chinatown nikt podobno nie chodzi teraz na zakupy. Nie mogłem pozwolić żeby moja córka umierała z głodu! Błagam pana niech mnie pan puści. Jestem zdrowy! Zupełnie zdrowy! – Wymachiwał trzęsącymi dłońmi w których trzymał papiery ze szpitala potwierdzające to co mówił. 

– Mam cię puścić, a ty ją tu zostawisz? – Slade spytał z niedowierzaniem.

– Muszę. Nie mam za co kupić jedzenia dla rodziny. Jeśli ją tu zostawię to trafi do adopcji. Jakaś amerykańska rodzina ją wychowa. Będzie mogła pójść do szkoły, do lekarza jak zachoruje i nigdy nie będzie głodna! Wie pan co się z nami stanie jak nas deportują do Chin? Zdechniemy na ulicy! Wszyscy troje! Jeśli ktoś się nią zajmie to może ocalę żonę jak to wszystko się uspokoi… błagam pana… mężczyzna klęczał zapłakany przed agentem Sladem.

– Ona naprawdę jest zakażona? Jak to się stało, że ona stała na peronie a ty byłeś w tym pociągu?

– Ja ją tam zostawiłem z tą kartką na szyi. Wskoczyłem do pociągu, który jechał w przeciwnym kierunku i chciałem odjechać jak najdalej. Jednak nie wytrzymałem i wskoczyłem na następnej stacji do tego wagonu żeby zobaczyć ją ostatni raz, czy wszystko z nią ok. Nie jest zakażona. W kurteczce ma wyniki badań lekarskich. Jest zdrowa, ale jej matka jest chora, a ja nie mam pracy i ubezpieczenia! Ten wirus nie jest taki groźny, ale groźne jest to co robi z ludźmi. Do mnie ludzie boją się podejść, a tym żeby dali mi pracę nie ma w ogóle mowy. Nawet w Chinatown mnie pogonili jak się dowiedzieli, że byłem chory. Wymyśliliśmy to razem z żoną żeby ktoś inny dał córce lepszą przyszłość, bo my nie możemy! Wiedzieliśmy, że jak będzie miała taką kartkę na szyi to od razu trafi pod opiekę lekarzy… Błagam pana, niech mnie pan wypuści. Ja stąd zniknę, a ona będzie miała zapewniony lepszy byt… Błagam pana…!

Slade podszedł powoli do mężczyzny i podniósł z podłogi replikę broni. Zabezpieczył i schował swój pistolet do kabury włączając ponownie chińską kołysankę w smartfonie.

– Idź ją przytul, ale nie ruszaj się z peronu.

Wystraszony Wang otarł przedramieniem twarz i pobiegł do córki. Wziął ją w ramiona i płacząc tłumaczył jej coś po chińsku. Tymczasem Slade rozejrzał się po peronie i ruszył w kierunku stojącego przy wyjściu bankomatu. Wypłacił 750$ i wsunął plik banknotów do kieszeni. 

– Pokaż wyniki jej badań. – Agent zwrócił się do zrozpaczonego ojca idąc w ich kierunku.

– Proszę! Spójrzcie! – Wyszarpał nerwowo z kurteczki córki dokumenty. – Jest zdrowa! Ja też!

– Bierz te pieniądze i wracaj do żony. Kup im coś dobrego na obiad i czekaj aż ten kurz opadnie.

Kolejne osoby wysiadały z pociągu i podchodziły do bankomatu, a dwóch nastolatków wyjęło z kieszeni wszystkie pieniądze i torebki z marihuaną. Chwilę później zapłakany Wang stał na peronie z córką na ramieniu, ponad dwoma tysiącami dolarów w gotówce i marihuaną wartą kolejnych kilkaset dolarów. Ostatnim który do niego podszedł był pracownik metra. Wsunął do kieszeni Wanga kanapkę zapakowaną w papier śniadaniowy.

– Idź już. Zaraz będzie tu ekipa odkażająca i policja. – Slade uśmiechnął się do Wanga i wskazał na schody prowadzące do wyjścia.

Mężczyzna ruszył w stronę schodów kłaniając się ze łzami wszystkim. Chwilę później uciekł trzymając córkę kurczowo w ramionach. Niespełna pięć minut po tym na stacji pojawili się ludzie w kombinezonach w towarzystwie policjantów z maskami na twarzach.

– Kto z państwa podejrzewa, że ma koronawirusa?! –  zawołał jeden z policjantów stojący na początku peronu.

– Ja! – Milczący dotychczas transwestyta zabrał głos imitując jak tylko mógł głos kobiety.

Mężczyźni w skafandrach podeszli powoli i wręczyli mu maskę chirurgiczną po czym przystąpili do wykonywania pozostałych procedur. Transwestyta mrugnął okiem do agenta Slade ‘a i zakładając maskę powiedział cicho:

– Nie przejmuj się. Jak będą się za bardzo do mnie przypierdalać to powiem, że mnie dyskryminują bo jestem trans. Pogadaj lepiej z tymi kolesiami z metra,  żeby pogmerali przy monitoringu na peronie i w wagonie. Kiedyś byłem maszynistą w metrze. Ty masz więcej do stracenia niż ja. Federalni nie są jednak tacy źli jak w filmach.

Wiremia – stan definiowany jako obecność we krwi wirusów, mogących się namnażać

Jeśli chcesz przeczytać kolejne opowiadanie z Agentem Slade’m w roli głównej, znajdziesz je tutaj: https://www.facebook.com/wydawnictwoliterackie/photos/a.112130142196209/2870834929659036/?type=3&theater

Klaudiusz Szymańczak, autor powieści kryminalnych „Negatyw” i „Mroczny świt” (WL, luty 2020). Jeszcze w tym roku ukaże się „Virga”. Więcej o autorze: https://www.facebook.com/kszymanczak

#stayhomereadmore


A man with a carpet by Magdalena Parys translated from Polish by Piotr Krasnowolski

Europa ist ein Staat, der aus mehreren Provinzen besteht! (Baron de Montesquieu)

Travelling through the centuries I died so many years ago, I’ve pasted the phantom face into the mirrors of the windows, And pass by cardboard railway guards, and the deep Stock-still stations smothered in a silence that you cannot suppress. (Ballad of a Train/Krzysztof Kamil Baczyński)

A dead woman on the bed, one shoe on the foot, the other one on the floor below. A petite porcelain face with blueish veins around the temples, fair hair, red nails. There is some- thing on a finger of the twisted hand, perhaps a ring? No, a trace of a ring. Dressed in a black dress, with black tights. As if foreseeing her own funeral. I can see no blood or traces of violence, only the twisted hand and the white face. A body.

Yes, it’s me.

I’m dead. I believe I’m dead. It can’t be absolutely true be- cause I’ve always found myself alive so far, and this is the only state I know – the state of being alive. I’m lying on a sofa in a flat, in a city. My eyelids are motionless, the uncomfortable shoe doesn’t chafe, and I can feel no pain in the strangely twisted hand that should hurt, shouldn’t it? I can feel nothing but a sun ray on the cheek going cold. The feeling is strange as I don’t know whether I am already a part of that warmth or still a part of the cheek.

A man with a carpet

Other than the sofa, the square room is faded yellow, empty and stripped of furniture. Photos of the woman cover one of the walls: when she was little, young, and old. She frowns with her brows and nose in the same way in all of them. A calendar without dates below. Tick-tock. Tick-tock. Between me and that woman – a softness, peace that nothing disturbs. The woman, her slippers, a wall, the hubbub outside, and a calendar without dates beat a rhythm for them. Tick-tock. Tick-tock.

It’s spring, the world is waking after a long winter. How do I know there’s been a winter recently? How do I know the woman is me? A great big tree behind the window has frozen into stillness, like in a picture. The woman from the sofa used to stick its “helicopter” seeds into her nose. She used to run in colorful dresses in the streets of the city. Also, it was spring.

The groan of a passing tram can be heard outside, steps on the pavement. One! Two! One! Two! – Red-and-white flags are unfurled, riding boots stamp a tattoo on the pavement. One! Two! One! Two! A crowd of people under the banners that read “Poland” cry “Poland!!!” A man carrying a rolled carpet on his back is following the crowd. He is being followed by a man with a pot on his head. One! Two! One! Two!

Suddenly a shot is fired. The crowd flutters like a flock of flushed ducks. The crowd are running away. The pot and the man stay behind in a pool of blood. The tram runs a circle in the depot, and momentarily stops to be stormed by the people with the banners. Somebody sits on the front of the roof and brandishes his flag high. The tram leaves rattling on the rails POLAND!!! POOOLAND!!! The man with the carpet stops and carefully lifts the pot, mindful that he doesn’t lose the carpet, reels under his burden and heavily lumbers forward, about to turn round the corner of Heroes’ Square.

There is a backyard where the woman used to ride a bike on the other side of the flat. Her route was simple and monotonous. She rode in the spring. Sometimes she would stop, drop the bike and clamber over the fence, which tore her skirts and made her afraid to return home. There’s a big football ground behind the fence, and an old brick school even further. It used to be attended by Germans. Later by Poles. Now there is a man with a carpet and a pot on his head walking across that football ground. He’s followed by a group of people with banners, chanting Deutschland!!! Deutschlaaaand!!! They look like boy scouts. I take a closer look. They are not boy scouts. Eins! Zwei! Drei! Eins! Zwei! Drei!!

Germans, Poles. Names are the inheritance left by the woman. Names. Names. Trees, torn skirts, a carpet, a banner, ma- ple “helicopters”.

The calendar has shed its pages. It’s ceased to be a calendar. All the photos have disappeared from the wall. One has appeared; it’s new. A woman with a porcelain face on a sofa. She is not wrinkling her brow or nose. She is lying on the sofa wearing one shoe, the other one lying on the floor below. Stray.

Eins! Zwei! Drei! Deutschland! One! Two! One! Two! Poland! Eins! Zwei! Drei! Deutschland! One! Two! One! Two! Poland! Eins! Zwei! Drei! Deutschland! One! Two! One! Two! Poland! Eins! Zwei! Drei! Deutschland! One! Two! One! Two! Poland!

Magdalena Parys, a novelist awarded in 2015 with the European Union Prize for Literature for her book „Magician”. This short story was published by the EUPL for the 10th anniversary of the award together with a dozen other stories by EUPL winners. The whole publication „European stories”  is available online in pdf :http://anniversary.euprizeliterature.eu/book/EUPLbookWeb_acc.pdf

#książkiwczasachzarazy

Piotr Fiedler/Pamiętnik z zarażonego miasta

Zadzwonił telefon. Ki chuj, myślę. Numer nieznany – zazwyczaj nie odbieram. Znanych zresztą też nie. Ale czasy teraz wykrztuśne, wszystko może się zdarzyć… Może to dzwonią z ministerstwa, że mam się pakować bo ewakuacja, bo chcą żebym przeżył, bo na wyspę tropikalną zabiorą i tam nową Polskę będziemy robić i potrzebują kogoś z doświadczeniem z …młodzieżą?. Odbieram.

To pan Starszy, że zakupy. Skurwysyn.

Podyktował listę. 

Poszedłem do sklepu. 

Poszedłem do pana.

– Mi ten wirus tak sobie straszny,  panie Piotrku. Dwie żony mialem, obie z piekła rodem. Szatan je musiał wygnać od siebie, nawet jak dla niego zbyt podłe były. Pan sobie zapamięta, co ja panu teraz powiem: najważniejsze w małżeństwie jest jedno – żony nie wkurwiać!.

Pan Starszy mówi szybko, jak by mu te zdania światłowodem przesyłali.

Leciał telewizor z Kaczyńskim, że coś tam, że go nie widać ostatnio. Na widok Jarosława z Żola pan Starszy, nie kryjąc wzburzenia mówi:

– A tego starego chuja to bym zakaszlał na śmierć, jak bym tylko te corone miał.

Chujek jeden, jest w tej mojej grupie ludzi, którzy nie chcę żeby jeszcze żyli.

Kiedy przeliczałem w głowie moje szanse na ożenek (tylko bogate oferty) oraz weryfikowałem listę ludzi, którzy nie chcę żeby jeszcze żyli (wyszło mi sześć miliardów z kawałkiem), usłyszałem charakterystyczne syknięcie.

To pan Starszy otworzył właśnie puszeczkę żywca, którą mu wniosłem wraz z innymi zakupami na tysiąc osiemset sześćdziesiąte piąte piętro jego bloku bez windy. Puścił do mnie oko, pociągnął spory łyk i rzekł:

– Panie Piotrku, trzeba żyć pełnią żywca!

I wtedy przypomniałem sobie, że od stycznia nie piję.

Piotr Fiedler – autor i DJ. IG: @art.of.spitting

Powieść Fiedlera pt „Czułość” (aka „Wróg pierworodny”) ukaże się nakładem Wydawnictwa Świat Książki.

„Niecodzienna książka” : Krew i Honor

„Alternatywna historia. Polska niby międzywojenna, niby niedowojenna. Warszawa, a jakże, ale w tej alternatywnej Warszawie – z sanacją i szwoleżerami byczącymi się po ulicach – są współczesne „Lustra”, kultura afteru, współczesna polszczyzna przemiksowana z polszczyzną przedwojnia, hipsterzy, a nawet hipster – prawica… […]
Wciąga się gładko jak kreskę koko” (Ziemowit Szczerek).

Najnowsza powieść Michała Zygmunta pt. „Krew i honor” wydana nakładem Wydawnictwa Krytyka Polityczna została doskonale przyjęta przez krytyków i czytelników.

Bohater powieści Jakub Berg ma wszystko. Przynajmniej tak mu się wydaje. Dużo seksu, mocnych wrażeń i niekończącej się zabawy, a przede wszystkim bardzo dużo pieniędzy. Całe jego życie odmieni jedna impreza… a życie to będziemy mogli śledzić na przestrzeni kilkudziesięciu lat.

Autora i jego powieść można obserwować na Instagramie: @michal.zygmunt.ig



Józef Hen w Wydawnictwie MG

W tym roku, nakładem Wydawnictwa MG ukażą się następujące utwory Józefa Hena: wznowienie romansu wydanego w latach 80-tych pt. „Odejście Afrodyty” (marzec 2020) oraz klasyki biografii historycznej pt „Ja, Michał z Montaigne”.


W marcu MG wydaje ponownie kryminał pt „Twarz pokerzysty”, w nowej szacie graficznej.

Na jesień 2020 zaplanowana jest premiera najnowszych dzienników Autora, które ukażą się pod tytułem „Do Was i od Was”.

Na kolejny rok, MG planuje wznowienie „Teatru Heroda: Opór. Przed wielką pauzą”, a także cyklu nowel z gatunki „płaszcza i szpady” pt „Przeciwko diabłom i infamisom” (wydane poprzednio pod tytułem „Przypadki Starościca Wolskiego”).


Ahsan Ridha Hassan – „Zabobon”

Ahsan R. Hassan, polski pisarz o irackich korzeniach, jest autorem wydanej nakładem Wydawnictwa MArginesy (https://marginesy.com.pl/sklep/produkt/133270/zabobon) powieści pt „Zabobon”.

Bohater powieści mierzy się z demonami przeszłości. Przeszłość dopada go w momencie, kiedy próbuje rozwiązać na kartach swojej powieści zagadkę morderstwa w Brzezinach Śląskich… Mocna, oryginalna, psychologiczna proza Hassana to świeży głos w młodej polskiej literaturze współczesnej.

obserwuj Autora na IG: @ahsanridhahassan

„Inni ludzie”: tłumaczenie i adaptacje


Rap-poemat Doroty Masłowskiej pt „Inni ludzie” (Wydawnictwo Literackie) ukazało się w tłumaczeniu na język niemiecki autorstwa Olafa Kuehla. Wydawcą jest Rowohlt Verlag Berlin.

Na początku 2020 roku ruszyły także zdjęcia do ekranizacji „Innych ludzi”, filmu fabularnego w reżyserii Aleksandry Terpińskiej, którego producentem jest Madants Production :http://madants.pl

Ekranizacja prozy Jakuba Małeckiego


Firma producencka Naima (Jerzy Kapuściński & Wojciech Kabarowski) nabyła wyłączną opcję do adaptacji filmowej powieści pt „Horyzont”.

Rozpoczęły się prace nad scenariuszem filmu fabularnego, którego reżyserem będzie Bodo Kox (Agencja JUMP). Prawa filmowe autora powieści reprezentuje Syndykat Autorów – Agencja Literacka i Scenariuszowa.

więcej o Autorze oraz innych jego powieściach na stronach Wydawnictwa SQN: https://www.wsqn.pl/doczekalismy-sie-horyzontu/